Redaktor Marek Wałkuski jest przypadkiem dziennikarza, który musiał dużo przejść. W czasie ośmiu lat rządów PiS pracował przecież w TVP. Nie skarżył się, nie mieszał się do polityki, nie buntował. Jakby wszystko mu się podobało (a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo). Cóż, bycie korespondentem mediów publicznych w Waszyngtonie wymaga czasem poświeceń.
Swoją szansę poczuł, kiedy w 2023 razem z Donaldem Tuskiem "wróciła demokracja", a "silni ludzie" ppłk Sienkiewicza razem ze spiskowcami z "Grupy Wejście" przejęli siłowo, ale "dla demokracji" przecież, media publiczne. "Pachnie stanem wojennym" troszkę wprawdzie, ale jednak dzieje się historia. Poczuł, że to jego moment. Musiał tylko spłacić długi z lat poprzednich.
I od razu zaczął je spłacać. A kiedy tylko pojawiła się szansa żeby wejść do załogi przemysłu nienawiści przeciwko nowo wybranemu Prezydentowi RP, wzorowanego na przemyśle nienawiści wobec Lecha Kaczyńskiego, od razu został brygadzistą. Ze specjalizacją uderzania w podstawy godnościowe prezydentury. Januszem Palikotem może nie jest, ale się stara.
Zupełnie bez związku (tym bardziej, ze red. Wałkuski niczego przecież nie ukradł) wpadł mi w tym momencie do głowy fragment "Lamentu wysokiego dygnitarza" Janusza Szpotańskiego:
"Ja służę partii już dwadzieścia lat
i różnie, towarzyszu, tam bywało.
Tu człek zarządzał, ówdzie troszkę kradł,
a czasem nawet w nery się kopało!"
Znalazłem prezydenta Nawrockiego na urodzinach Donalda Trumpa.