Polityka nie jest klasztorem. Ale prawo nie może być małym druczkiem. Opozycja odkryła rzecz niezwykłą: premier uprawia politykę. Szok. Jeszcze chwila i ktoś zwoła konferencję, że woda jest mokra, a kampania wyborcza służy zdobywaniu głosów. Oczywiście Donald Tusk gra politycznie. Premier nie jest mnichem, księdzem ani kustoszem muzeum dobrych intencji. Jest szefem rządu, który ma realizować program większości parlamentarnej. A żeby realizować program, musi zmieniać przepisy. Bez ustaw i rozporządzeń można co najwyżej wygłaszać konferencje, przecinać wstęgi i liczyć na cud. Państwo nie działa na westchnienia. Państwo działa na przepisy. Problem polega na tym, że rząd ma większość w Sejmie, ale nie ma prezydenta. Prezydent może ustawę podpisać, zawetować albo skierować do Trybunału Konstytucyjnego. W obecnym układzie politycznym weto stało się nie tylko narzędziem kontroli, ale także narzędziem blokowania rządu. I nie udawajmy dzieci: obie strony to wiedzą. Jeśli więc rząd szuka sposobu, żeby przeprowadzić rozwiązania potrzebne obywatelom mimo politycznej blokady Pałacu, to nie jest samo w sobie żadnym skandalem. To jest polityka. Skandal zaczyna się dopiero wtedy, gdy robi się złe prawo, ukrywa się przepisy przed opinią publiczną albo przepycha rozwiązania szkodliwe dla obywateli. W sprawie „zaszytego” przepisu Tusk popełnił błąd językowy. Dał opozycji gotowy prezent. Brzmiało to tak, jakby rząd chwalił się małym druczkiem w umowie z operatorem komórkowym. Tego bronić nie trzeba. Państwo prawa nie powinno wyglądać jak gra w trzy kubki.
Ale opozycja też udaje niewiniątko z przedszkola. Prezydent nie jest bezradnym konsumentem, któremu ktoś podsunął regulamin do pralki. Ma Kancelarię, prawników, czas na analizę, prawo weta i możliwość skierowania ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Jeżeli podpisuje ustawę, to znaczy, że państwowy aparat po jego stronie miał obowiązek ją przeczytać.
Najważniejsze pytanie nie brzmi więc: czy Tusk zrobił polityczny gest do swojego elektoratu. Oczywiście, że zrobił. Propaganda potrzebuje swojej pożywki, a wyborcy czasem potrzebują zobaczyć, że rząd nie stoi bezradnie pod bramą Pałacu. Prawdziwe pytanie brzmi: jakie przepisy w ten sposób wprowadzono i czy były szkodliwe dla obywateli? Jeżeli chodzi o większą jawność umów publicznych i możliwość kontroli wydatków w publicznej ochronie zdrowia, to trudno mówić o krzywdzie obywatela. Obywatel ma prawo wiedzieć, na co idą publiczne pieniądze. Pacjent ma prawo wiedzieć, czy system finansuje leczenie, czy patologie kontraktowe. Podatnik ma prawo patrzeć władzy i instytucjom publicznym na ręce. Można dyskutować o technice legislacyjnej. Można krytykować język premiera. Można wymagać od rządu większej przejrzystości. Ale nie róbmy teatru, w którym każdy przepis niewygodny dla prezydenta natychmiast staje się „oszustwem”, a każdy podpis prezydenta bez pełnego zrozumienia ustawy, winą rządu. Polityka nie jest klasztorem. Rząd nie składa ślubów milczenia, pokory i bezradności. Ma rządzić. Ma dowozić. Ma używać legalnych narzędzi.
Granica jest prosta: gra polityczna, tak. Psucie prawa, nie.
Jeżeli przepis jest jawny w druku sejmowym, legalnie uchwalony i służy obywatelom, to nie jest zamach na państwo. To jest sprawdzian, czy wszyscy uczestnicy procesu legislacyjnego wykonują swoją pracę.
A prezydent, który ma prawników, 21 dni, weto i możliwość skierowania ustawy do TK, naprawdę nie powinien być przedstawiany jak dziecko, któremu rząd schował marchewkę w zupie. Bo państwo prawa nie polega na tym, że nikt nie gra politycznie. Państwo prawa polega na tym, że nawet gra polityczna musi przejść przez jawne procedury, kontrolę i pytanie najważniejsze: czy obywatel na tym zyskuje, czy traci.
Zobaczcie, jak Donald Tusk otwarcie przyznaje się, że zaszywa przepisy w innych ustawach, żeby próbować oszukać Prezydenta Rzeczypospolitej.
Tak nie powinien zachowywać się Premier. Tak zachowują się tani cwaniacy. Na koniec mówi, że będzie grał w otwarte karty, więc należy to rozumieć odwrotnie. To znaczy, że dalej będzie oszukiwał. Poradzimy sobie!