Prezydent Nawrocki wetując nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, uznał, że władza administracyjna nie może otrzymywać kolejnych narzędzi do kontrolowania treści publikowanych przez obywateli, zwłaszcza gdy granica między walką z dezinformacją, a ograniczaniem swobody wypowiedzi staje się coraz bardziej płynna. Jego uzasadnienie – „Państwo musi gwarantować wolność. Nie ograniczać jej.” trafia w istotę sporu. W demokracji obywatel powinien korzystać z wolności słowa, a wszelkie ograniczenia muszą być wyjątkowe, precyzyjne i poddane kontroli sądowej.
Decyzja prezydenta nie oznacza zgody na hejt, oszustwa czy działalność przestępczą w sieci. Przynosi natomiast sprzeciw wobec tworzenia mechanizmów, które pod pretekstem ochrony użytkowników mogłyby ograniczać pluralizm poglądów i swobodę debaty publicznej. Ustawa, mimo deklarowanego celu walki z nielegalnymi treściami (groźby, pedofilia, hejt), w praktyce otwierała drzwi do administracyjnej cenzury. Mechanizmy szybkiego blokowania treści przez urzędników (nawet z poprawkami Senatu o udziale sądu) rodziły poważne ryzyko nadużyć. W rękach rządu, który niejednokrotnie pokazywał skłonność do etykietowania niewygodnych poglądów jako „dezinformację” czy „mowę nienawiści”, takie narzędzia mogły stać się bronią przeciwko opozycji, mediom niezależnym czy zwykłym obywatelom wyrażającym kontrowersyjne opinie. Porównanie do Orwella nie jest przesadą w kontekście trendów europejskich: coraz więcej regulacji pod pretekstem „bezpieczeństwa” buduje mechanizmy nadzoru nad informacją. Polska, z jej historią walki o wolność słowa, powinna być ostrożna, a nie pionierem cenzorskich rozwiązań.
Zwolennicy ustawy powiedzą, że utrudnia to walkę z dezinformacją. Krytycy odpowiedzą, że jeszcze groźniejsza od dezinformacji jest sytuacja, w której o dopuszczalnych poglądach zaczynają decydować urzędnicy lub politycy. W państwie demokratycznym więcej wolności oznacza więcej sporów. Ale alternatywą jest świat, w którym o granicach debaty decyduje władza. I właśnie przed takim rozwiązaniem prezydent postanowił postawić znak stop.
Jednym słowem – to dobre weto. Chroni przestrzeń publiczną przed nadmierną ingerencją, wymusza lepszą, bardziej wyważoną legislację i przypomina, że wolność słowa to nie luksus, lecz fundament demokracji. Internet bez cenzury urzędniczej będzie bezpieczniejszy – bo wolny.