👉 Mogliście przeczytać, że Tulsi Gabbard, ustępująca szefowa amerykańskiego National Intelligence, POTWIERDZIŁA rosyjską teorię o ukraińskich biolabach. Czyli ci, których wyzywaliście od onuc znów mieli rację, a Wy zrobiliście z siebie idiotów, ha! Czyli Rosja jednak nie kłamała, a więc może teraz też nie kłamie.
Otóż nie.
👉 Co ujawniła Gabbard? W zasadzie nic. Na kilku slajdach wykazano dokładnie trzy fakty. Pierwszy: że USA finansowały około 120 laboratoriów biologicznych na całym świecie. Drugi: że około 40 z nich było w Ukrainie. Trzeci: że w niektórych z nich przechowywano groźne patogeny.
No zaraz, powiecie, ale to brzmi poważnie.
No tak, odpowiem, tyle że to wiadomo było od lat i w tych dokumentach nie ma dwóch rzeczy: ani nic nowego, ani bardzo istotnego kontekstu.
👉 Współpraca polegała na ograniczaniu ryzyka rozprzestrzenienia się owych patogenów. W 2005 roku ukraińskie Ministerstwo Zdrowia i amerykański Departament Obrony podpisały Biological Threat Reduction Program. Chodziło o placówki, które Ukraina odziedziczyła po programie broni biologicznych Związku Radzieckiego, a które często były w kiepskim stanie, co potencjalnie stwarzało takie właśnie ryzyko. Amerykanie finansowali sprzęt, szkolenia dla pracowników i różne remonty. Wiemy o tym, bo wszystko to jest od 21 lat jawne. Lista placówek była publicznie dostępna, a ich pracownicy jeździli na konferencje naukowe, gdzie przedstawiali swoje prace. Celem było zdrowie publiczne - nie broń biologiczna.
👉 Teraz Gabbard ujawniła 4 (słownie: cztery) slajdy, na których wymieniono nazwy kilku placówek, podano liczby (120 placówek na całym świecie, około 40 w Ukrainie), wartości kilku dofinansowań oraz stwierdzenie, że bywały tam groźne patogeny - i tyle. Wiele informacji jest zaczernionych. Z tych jawnych nie wynika nic, czego nie było wiadomo od lat.
👉 Co jednak najważniejsze: rosyjska dezinformacja wokół biolabów mówiła o czymś zgoła innym. Kreml nie ograniczał się do stwierdzenia, że jakieś laboratoria istnieją i są współfinansowane przez Amerykanów. Kreml mówił, że laboratoria były tajne (nie były), że zbierano w nich próbki genetyczne Słowian (nie zbierano), pracowano nad genetycznie zmutowanymi komarami, nietoperzami lub gęsiami, które miały następnie zabijać ludzi o “rosyjskim genotypie” (nie pracowano, zresztą według Kremla Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród, więc Ukraińcy pracowaliby nad bronią, od której sami by zginęli) czy że tworzono tam zombie-superżołnierzy, wyprane z emocji maszyny do zabijania.
👉 O tym wszystkim nie pisali jacyś anonimowi blogerzy. Wodzirejem był generał Igor Kiriłłow z Wojsk Ochrony Radiologicznej, Chemicznej i Biologicznej, zgruzowany w grudniu 2024 roku za pomocą wybuchającej hulajnogi elektrycznej, prawdopodobnie przez ukraińskie służby. Maria Zacharowa, rzecznika MSZ mówiła o groźnych badaniach już w 2018 roku, a potem oczywiście wielokrotnie. Ostatnio kilka dni temu dodała, że Gabbard “potwierdziła rosyjskie zdanie” w tej sprawie (nie potwierdziła). Jej przełożony Siergiej Ławrow mówił o broni “ukierunkowanej etnicznie”. O tym, że celem laboratoriów była produkcja takiej broni zapewniał też sam Putin. Były prezydent, obecnie pijak i shitposter, Dmitrij Miedwiediew pisał o “zombie apokalipsie”. O zbieraniu próbek od “etnicznych Słowian” pisała agencja dezinformacyjna TASS. To wszystko szło z samych szczytów putinowskiego reżimu. To wszystko jest od dawna opisane i wyjaśnione, nawet na Wikipedii.
👉 I tego wszystkiego nie potwierdziły ostatnie rewelacje Tulsi Gabbard. Nawet jeśli Adam “Putin jest katechonem” Wielomski napisał na Facebooku, że “potwierdza to, co mówili Rosjanie o amerykańskich laboratoriach na Ukrainie”. Otóż nie, nie potwierdza.
Ruch Gabbard nie powinien dziwić z przynajmniej trzech powodów.
👉 Po pierwsze, Gabbard wpisała się w modus operandi administracji Trumpa w tego typu sprawach. Chodzi o zdobywanie punktów za rzekomą transparentność, poprzez ujawnienie nieistotnych faktów w głośnych medialnie sprawach. W zeszłym roku Trump ujawnił akta dotyczące zabójstw Johna Kennedy’ego, jego brata Roberta oraz Martina Luthera Kinga. Poza paroma drobiazgami, były to akta znane publicznie od lat. Nie wynikło z nich nic, co zmieniłoby postrzeganie tych zabójstw. Ten, kto liczył na “dowód” jakiegoś wielkiego spisku - musiał się srogo zawieść. No, ale można było puścić oczko do środowisk konspiracjonistycznych, które są istotną częścią republikańskiego elektoratu. Niedawno opublikowano “akta o UFO”. Dostaliśmy opisy typu “rolnik widział dysk” czy “żołnierz widział coś”, bez jakichkolwiek dowodów ani na wizyty kosmitów, ani na wielkie tuszowanie. Spiskowy elektorat dostał erzac i miał zamknąć twarz.
👉 Wreszcie zeszły rok upłynął pod znakiem akt Epsteina. Najpierw przez kilka lat zapewniał, że ujawni straszny spisek demokratów. Potem zaprosił do Białego Domu MAGA influencerów, by zrobili zdjęcia z białymi segregatorami, podpisanymi “Akta Epsteina - faza pierwsza”, obiecując, że już lada moment będzie skandal. Zapewniano, że akta są na biurku Pam Bondi. Potem nagle o sprawie zapomniano. A gdy Kongres zmusił do ujawnienia akt, zrobiono to metodą “ujawnienia w celu nieujawnienia”. To jest zalano nas milionami stron, z których zdecydowana większość była bezwartościowa, a uwikłanie Trumpa - wieloletniego przyjaciela Epsteina - rozmywało się w potoku pudelkowych plotek i domysłów. Kluczowe informacje - na przykład nazwiska piszących do Epsteina maile - zaczerniono. Jedynym ujawnionym skandalem był ten, że do więzienia trafili tylko Epstein i Ghislaine Maxwell, która być może niedługo z niego wyjdzie.
To co zrobiła teraz Gabbard nie jest zasadniczo inne od tamtych przypadków.
👉 Po drugie, nie powinno dziwić, że Tulsi Gabbard w swoich ostatnich dniach na urzędzie podarowała wielki prezent rosyjskiej propagandzie. Bowiem Tulsi Gabbard od dawna nie miała z jej powtarzaniem większych problemów i działać na jej rzecz. Teraz Kreml już mówi, że oto potwierdziło się wszystko co mówiliśmy. Ujawniono dokładnie tyle, by sprawić wrażenie doniosłości wydarzenia. Ale także na tyle mało, by trudno było jej zarzucić, że powtarza przekaz Kremla toczka w toczkę.
👉 Po trzecie, nie zapominajmy, że mówimy o ekstremalnie niekompetentnej osobie, która nigdy nie powinna była piastować stanowiska zwierzchnika ogromnego aparatu wywiadowczego USA. Tulsi Gabbard wkręciła się do administracji Trumpa dzięki trzem walorom: lojalności wobec Pomarańczowego, silnej pozycji w konspiracjonistycznym imaginarium oraz faktu, że jest sprawna fizycznie i nie wygląda na swoje 45 lat. Żadna z tych cech nie kwalifikuje do pracy na tak kluczowym stanowisku. Gabbard ewidentnie nie rozumie wiążącej się z nim odpowiedzialności. Musimy przynajmniej rozważać jako możliwość, że opublikowała akta z czystej głupoty. Nie byłby to pierwszy raz, gdy ta administracja wchodzi w rolę użytecznych idiotów Kremla. Przypomnijmy sobie choćby “negocjacje” w sprawie wojny w Ukrainie i Steve’a Witkoffa myślącego, że Rosjanka prawdopodobnie pracująca dla służb, to tłumaczka z amerykańskiej ambasady. Przypomnijmy sobie 40-letnią relację Trumpa z rosyjskimi oligarchami.
👉 Szczęśliwie rewelacje Gabbard nie wywołały chyba efektu, którego oczekiwała. Nie udało się rozkręcić szeroko komentowanej narracji, że oto Rosja miała rację, gdyż pod Charkowem trenowano zmutowane nietoperze. Natomiast stawiam dolary przeciwko orzechom, że prorusy, tak w USA jak i w Polsce, będą to jako dowód traktowali. I prędzej czy później doczekamy się artykułu Wielomskiego w “Do Rzeczy” czy podkastu Mościckiego, w którym będzie się traktowało narrację o biolabach - jako całość - jako udowodnioną oczywistość.
Źródła w tekście na Substacku.
putinowskiedoniesienia.subst…