Joined August 2016
787 Photos and videos
Rosyjska doktryna Władimirowa zwana też niesłusznie doktryną Gerasimowa jest trudna do realizacji Mówiąc w skrócie, rosyjska doktryna zakłada doprowadzenie państwa na skraj upadku. Ma się to odbyć w czterech etapach przed piątym etapem zbrojnego wtargnięcia. Polscy teoretycy pogrupowali te cztery wstępne etapy w dwa. Dlatego my mówimy o dwóch etapach poniżej-wojennych, jednym wojennym i jednym powojennym. Czteroetapowy model konfrontacji, o którym pisano w Akademii Sztuki Wojennej i którym kiedyś w wywiadzie posłużył się gen. broni Stanisław Czosnek. Zacytujmy gen. broni Czosnka, z-cę szefa Sztabu Generalnego: „Rosyjski modus operandi opiera się na tzw. Koncepcji Gierasimowa, przewidującej cztery fazy konfrontacji: budowanie konfliktu, eskalację, działania rozstrzygające i wreszcie rozwiązanie konfliktu metodą faktów dokonanych. Obecnie w naszych relacjach z Federacją Rosyjską jesteśmy gdzieś między pierwszym a drugim etapem. Jeśli chcemy uniknąć trzeciego – twardej kinetycznej konfrontacji, jaka stała się udziałem Ukrainy – musimy być odpowiednio przygotowani. Wszak lepiej być mądrym przed szkodą niż po szkodzie.” To jego słowa, to polska ocena. A dziś proponuję zająć się oryginałem. Schemat zaczerpnięty z artykułu gen. armii Walerego Gerasimowa. 1. Etap skryty Oderwanie społeczeństwa od autorytetów, sianie wątpliwości. Poprzez działania informacyjne wmówić ludziom, że politycy, naukowcy, dziennikarze, i wszyscy którzy coś realnie osiągnęli, nie mają racji. Że działają we własnych interesach i kłamią. BO NA ZDROWY CHŁOPSKI ROZUM... Kiedy ludzie przestaną wierzyć w naukę, oficjalne doniesienia, mainstreamowe media, wtedy będzie można im zapuszczać w mózgi co chcemy. 2. Etap zaostrzenia (budowy konfliktu) Rosjanie nie budują konfliktu, oni szukają istniejących. Po czym te konflikty rozpompowują do granic niemożliwości. Mogą budować konflikty tam, gdzie jedynie istnieje taki potencjał. Np. przez wmówienie ludziom, że katastrofa była zamachem. Nakręcić to tak, że do ludzi nie trafiają żadne racjonalne argumenty, zamienić ich w gorliwych wyznawców. I tak wzdłuż różnych linii. Ten konflikt trzeba budować tak, by prowadził do rozpadu integralności państwa. czyli tak: skłócić z sojusznikami. Skłócić z Ukrainą, napuścić ludzi na Ukraińców, by jak Ukraina już padnie, to by ludzie byli nastawieni anty-europejsko, by Ukraińców popchnąć z Rosjanami by wzięli odwet za niechęć i wrogość do nich. To bardzo ważny etap, bo trzeba wywołać niechęć do sojuszników, którzy realnie mają interes żeby nam pomóc. Do Niemców, Francuzów, do Unii Europejskiej. Bo to oni jadą na tym samym wózku, oni są następni w kolejce i mają tego świadomość, więc mają interes by powstrzymać nawałę PRZED swoimi granicami. 3. Początek działań konfliktowych To jest to, co my uważamy za etap drugi. Wejście w etap pełnej wojny hybrydowej, trzeba pobudzić ludzi by przeszli od agresji słownej do czynów. Mają się napieprzać. Mają atakować obcokrajowców. Ma dojść do wystąpień, zamieszek i strajków. Samozwańcze organizacje mają uzurpować sobie prerogatywy służb państwowych, np. ochrony granic. Stopniowo pojawiające się akty dywersji. Najlepiej doprowadzić do wyjścia z UE. Złamać jedność NATO (to nie nasza wojna). Ma być tak, że jak Rosja napadnie Litwę, Łotwę i Estonię, w Polsce, w NIemczech, w Czechach, mają się przetoczyć wielkie fale demonstracji: "to nie nasza wojna!" i "nie będziemy umierać za Wilno!" oraz "nie wyślemy naszych żołnierzy na wojnę na Litwie!" 4. Kryzys Kulminacją naszej fazy drugiej a wg Rosjan to faza czwarta jest kompletna degrengolada państwa. Płonące samochody, rozpierducha na ulicach, akty sabotażu, dywersji. Służby państwowe nie działają, nawet straż pożarna nie wyjeżdża do pożarów, bo się boi demonstrantów z kostką brukową i szynami tramwajowymi. Samozwańcze bojówki zdobywają broń i jej używają. Nikt nie wykonuje poleceń władz państwa, a organy państwa tego nie egzekwują. W takiej sytuacji o sojuszniczej pomocy raczej nie ma co mówić. Bo jak? Czy mają bronić rządu, ale czy to nie jest ingerencja w sprawy wewnętrzne?? 5. Rozwiązanie. Czyli zbrojne wtargnięcie. Sojusznicy debatują. Rosyjskie wojska pędzą do stolicy. Część żołnierzy podejmuje walkę, część przyłącza się do Rosjan, większość czeka nie wiedząc co robić. Kto ma racje? Jaka jest wola napierdalającego się ze sobą ludu? 6. Narzucenie pokoju Czyli ustanowienie swoich władz z lokalnych, ale wskazanych przez Rosjan. Dawna agentura wpływu ląduje w obozach filtracyjnych razem z działaczami proeuropejskimi. Namiestnikiem Rosji w Polsce zostaje ktoś nieznany, jakiś Bierut bis czy ktoś. Ludzie wspierający Rosję dziś siedzą w obozie filtracyjnym wśród drwin rosyjskich żołnierzy spuszczających im ciężki wpierdol z wielką pogardą. Terror i zaprowadzenie porządku. Umocnienie nowej władzy. Rosjanie mówią o pewnej sekwencji, choć granice między fazami są bardzo rozmyte, a pewne elementy z faz kolejnych mogą się pojawić wcześniej, a inne później. Elastycznie. W Ukrainie skopali. Nie przeprowadzili swoich faz 3 i 4, a nawet należycie 2. Ukraina w 2022 r. nie była taka jak w 2014 r. Na to nałożyły się samorodne kardynalne błędy i efekty widzimy. Tyle teoria. A jak pójdzie praktyka - zobaczymy. Ale na to trzeba się szykować. W ten sposób pracuję, zarabiam, obok innej pracy. Jeśli Ci się podoba, to możesz kupić mi kawkę, a będzie więcej. buycoffee.to/dafiszer
11
30
638
Jak by wyglądała wojna w Polsce? Gdyby do niej doszło Nie sądzę, że Rosja zaatakuje państwa bałtyckie przed wyraźnym rozstrzygnięciem wojny w Ukrainie, a Polskę przed całkowitym upadkiem jej wschodnich sąsiadów. Z dużym prawdopodobieństwem ewentualny konflikt zbrojny z naszym krajem rozpocznie się w warunkach pełnego panowania Rosji na obszarze wzdłuż linii od Elbląga aż po Ustrzyki Górne. Wszystko za naszą wschodnią granicą będzie wówczas kontrolowane przez Moskwę, włącznie z Białorusią, którą już dziś trudno uznać za państwo w pełni niepodległe. Drugim kluczowym czynnikiem będzie wcześniejsza dezorganizacja wewnętrzna Polski. Rosja nie zdecyduje się na otwarty atak militarny, dopóki odpowiednio nie przygotuje swojej ofiary. Podejmie próby doprowadzenia do wyjścia Polski z Unii Europejskiej lub sprawi, że nasze członkostwo w strukturach zachodnich stanie się fikcją. Scenariusz ten zakłada skuteczne skłócenie Warszawy z sojusznikami lub przynajmniej wywołanie silnych nastrojów antyzachodnich w polskim społeczeństwie. Kolejnym krokiem będzie wywołanie chaosu w państwie poprzez intensywną wojnę informacyjną, działania agentury wpływu, akty dywersji, sabotażu oraz cyberataki. Podburzanie ludności i wspieranie samozwańczych bojówek uzurpujących sobie uprawnienia służb państwowych ma doprowadzić do głębokich podziałów społecznych i fizycznych starć. Doprowadzenie Polski do stanu wrzenia i paraliżu instytucjonalnego jest Rosji niezbędne do powodzenia militarnej fazy konfrontacji. W momencie uderzenia kluczowe będzie powstrzymanie Rosjan przed dojściem do Warszawy. Rosja ma świadomość, że aby podporządkować sobie Polskę, musi zająć stolicę w ciągu maksymalnie dwóch tygodni, czyli przed pełnym rozwinięciem sił wzmocnienia NATO. Gdyby wojska sojusznicze zdołały na czas wspomóc polską obronę, Rosja nie miałaby szans na wygranie wojny. Dlatego główne uderzenie spadnie najkrótszą drogą z terytorium Białorusi wprost na Warszawę. Przewidywać można także dwa uderzenia pomocnicze. Pierwsze, z obwodu królewieckiego i okupowanej Litwy w kierunku Elbląga i ujścia Wisły, odetnie Trójmiasto od reszty kraju. Drugie, z okupowanej Ukrainy w stronę Sandomierza, uniezależni główne zaplecze polskiego przemysłu zbrojeniowego na południowym wschodzie i pozwoli Rosjanom uchwycić przyczółki na południowym biegu Wisły. Polski M1A1 Abrams w akcji. Ćwiczenie "Żelazny Obrońca 2025" Poligon Orzysz, 17 IX 2025 r. Fot. Michał Fiszer To moja praca, te teksty, choć równolegle piszę w papierowej. Robię to dla Was. Jak Wam się podoba to proszę o kawki w zamian, przeznaczone dla mego potomstwa. Dziękuję! buycoffee.to/dafiszer
47
52
403
17,605
Michał Fiszer retweeted
Prosimy o RT ❗ DAJCIE CIĘŻKO CHORYM DZIECIOM SZANSĘ Nie prosimy o wiele. Prosimy o jedno udostępnienie, jedną złotówkę, jeden gest. Brakuje 54 211 zł, aby opłacić ośrodek dla 140 ciężko chorych dzieci. Pomóżmy TUTAJ 👇 siepomaga.pl/dobro-wraca-wak… Od nas wszystkich zależy, ile z nich usłyszy w tym roku:❤️ „Jedziesz na wakacje”.
3
202
176
4,236
Dzisiaj niestety słabo mi szła robota. Ciągle mnie coś odciągało. Zrobiłem update do polityki, wysłałem tekst książki do wydawcy, który ją oceni i powie, czy wyda. Piszę też monografię Eurofightera. Może jutro pójdzie mi lepiej. Jak na tym sowieckim plakacie: nie trać w pracy cennych minut!
5
4
154
3,354
Zasięg pocisków kierowanych Warto pamiętać, że podawane wartości zasięgów kierowanych pocisków rakietowych "powietrze-powietrze" to wartości BARDZO orientacyjne. Często podawane są tzw. "zasięgi aerodynamiczne", czyli odległość na jaką pocisk w ogóle doleci nie tracąc wysokości. Tylko że na odległości zasięgu aerodynamicznego pocisk i tak nic nie trafi bo jego możliwości manewrowania spadają wraz z odległością i traconą energią kinetyczną. A w ogóle to co to jest zasięg? Wyobraźmy sobie dwa samoloty, jeden leci 1000 km/h (280 m/s), a myśliwiec idzie mu na spotkanie z prędkością naddźwiękową, jakieś 1350 km/h (375 m/s). Na odległości 70 km odpala pocisk kierowany powietrze-powietrze który leci z prędkością średnią ok. 4000 km/h. W chwili trafienia odległość między samolotami wyniesie 37 km. To jaki jest zasięg rażenia? 70 km czy 37 km? A może 56 km, bo tyle przeleciał pocisk od odpalenia do trafienia? Generalnie uważa się, że "zasięg" rakiety przeciwlotniczej to maksymalna odległość odpalenia przy założeniu (umownie) 90 % prawdopodobieństwa trafienia rakiety do celu niemanewrującego i nie stosującego zakłóceń i przeciwdziałania. Ale to nie koniec schodów. Ta odległość zależy od tego, czy strzelamy do celu który nadlatuje w naszym kierunku (na kursie spotkaniowym) czy się oddala. Do celu oddalającego się maksymalna odległość odpalenia jest mniej więcej o połowę mniejsza, niż do celu nadlatującego. Maksymalna odległość odpalenia zależy od wysokości odpalenia. W gęstym powietrzu na małych wysokościach pocisk o wiele szybciej tracił energię. Dla rakiety którą odpalałem ja, czyli R-60M (Izdielie 62M) na podczerwień, lekkiego, bardzo manewrowego pocisku do samoobrony na Su-22M4, zasięg od 0 m do 3000 m to tylko 1,5 km. Od wysokości 3000 m do 14 000 m zasięg pocisku to połowa wysokości (np. na 10 000 m wynosi 5 km). Powyżej 14 000 m do 20 000 m zasięg pocisku wynosi 7 km. Za każdym razem chodzi o cel oddalający się i prędkości odpalenia 700-900 km/h. Oczywiście w literaturze znajdziecie, że R-60M ma zasięg 7 km. To prawda, ale niecała... Maksymalna odległość odpalenia zależy od prędkości celu i nosiciela (odpalającego). Im większa prędkość celu nadlatującego to można odpalać pocisk dalej, bo cel "naleci" na niego. Przy celu oddalający się jest odwrotnie. Odległość ta tym bardziej maleje wtedy, jeśli cel leci szybciej od myśliwca. Z kolei duża prędkość odpalenie dodaje energię pociskowi, który jest dzięki temu w stanie rozpędzić się bardziej, bo w chwili odpalenia już ma określoną prędkość. Maksymalna odległość odpalenia celu maleje istotnie jak cel leci wyraźnie wyżej od myśliwca. To zależy od zdolności pocisku na tzw. zakresie "snap up", kiedy rakieta musi się wspiąć na wysokość celu, tracąc przy tym swoją energię. Maksymalna odległość odpalenia maleje w przypadku celów manewrujących. Pocisk w locie po zgaśnięciu silnika rakietowego traci energię i jest w stanie zaatakować cel który manewruje z coraz mniejszym przeciążeniem w miarę wzrostu odległości. Dlatego upieranie się, że pocisk "powietrze-powietrze" ma dokładnie taki zasięg bo tak napisano w folderze, jest... Sami powiedzcie jakie. Ale to trzeba znać różne uwarunkowania. Na zdjęciu: uzbrojony w kierowane pociski AIM-120C AMRAAM i AIM-9X Sidewinder turecki F-16C ląduje z misji Air Policing, Malbork 2021 r. Żółte paski na pociskach mówią nam, że to nie są makiety ani szkolne, ale "life", czyli bojowe. Fot. Michał Fiszer To moja praca, te teksty, choć równolegle piszę w papierowej. Robię to dla Was. Jak Wam się podoba to proszę o kawki w zamian, przeznaczone dla mego potomstwa. Dziękuję! buycoffee.to/dafiszer
9
28
267
6,812
A co myślicie o takiej wersji? Zmieniony tytuł zgodnie z sugestiami. Oczywiście zobaczymy co powie wydawca.
30
12
168
4,757
Ciekawostką ukraińską jest to, że powstaje zupełnie nowy środek walki z dronami – bezpilotowe tanie „przechwytywacze”. Są to inne latające aparaty bezpilotowe, dostosowane do ścigania i atakowania dronów dalekiego i średniego zasięgu. Są sterowane przez radio przez operatora, co pozwala naprowadzać je na cel, są jednocześnie tanie i produkowane masowo – w przeciwieństwie do niesamowicie kosztownych rakiet przeciwlotniczych spełniających te same zadania. Małe drony przechwytujące stają się coraz bardziej popularnym środkiem przeciw innym dronom średniego i dalekiego zasięgu. Są one niezwykle tanie i mają napęd elektryczny, pozwalający im na wykonanie lotu na zasięg do 2-3 km poziomo (coraz bardziej jest on zwiększany, obecnie przekraczając 5-6 km) i do 1500 m – 2000 m w pionie. Mają niewielką kamerkę telewizyjną w nosowej części, pozwalającą operatorowi na ręczne naprowadzenie na atakowanego drona, który zwykle kontynuuje lot po prostej na stałej wysokości. Mimo ręcznego sterowania dość łatwo jest trafić w niemanewrujący cel, ale obecnie coraz częściej stosuje się układy półautomatycznego sterowania. Operator wskazuje cel, a dron przechwytujący sam naprowadza się na cel za pomocą relatywnie prostego oprogramowania tworzonego z wykorzystaniem Machine Learning. Stają się one coraz bardziej popularne nie tylko do walki z aparatami dalekiego zasięgu, ale także do zwalczania dronów taktycznych, rozpoznawczych takich jak Orłan czy amunicji krążącej takiej jak Lancet. Ilość zestrzelonych aparatów przez te mini drony przechwytujące ostatnio sięga 40 % wszystkich zestrzelonych dronów dalekiego i średniego zasięgu (czyli tych większych). Pierwszego takiego zestrzelenia dokonał Batalion „Ajaks” ze 126. Brygady Obrony Terytorialnej w lutym 2024 r. Mają one najczęściej postać takiej małej rakietki z silnikami elektrycznymi i śmigłami na statecznikach. Chyba dla podtrzymania pogody ducha ukraińskich żołnierzy produkujące je firmy zaczęły nazywać je w taki sposób, by wywoływać różne przaśne skojarzenia. I tak popularny dron przechwytujący nazywa się P1-Sun (sun jak słońce), ale żołnierze czytają tę nazwę „pisun”, co po ukraińsku znaczy „siusiak”. Kolejny nazywa się UEB-1, ale w cyrylicy „E” czyta się jako „je”, więc według żołnierzy jest to aparat U-Je-B-1. Trzeci, najnowszy typ, który ma zautomatyzowany układ naprowadzania w konsoli operatora oparty na układach AI, nazywa się D1L-Duck (duck jak kaczka), oczywiście został ochrzczony „dildakiem”, chyba nie trzeba tłumaczyć konotacji tej nazwy. Co by o nich nie powiedzieć, okazują się doskonałą, skuteczną bronią na drony. Na filmie - moment zniszczenia Shaheda przez dron przechwytujący typu P1-Sun. To moja praca, te teksty, choć równolegle piszę w papierowej. Robię to dla Was. Jak Wam się podoba to proszę o kawki w zamian, przeznaczone dla mego potomstwa. Dziękuję! buycoffee.to/dafiszer
11
34
333
10,445
Żeby mi to było ostatni raz! W Mirosławcu miałem śmieszną przygodę. Polecieliśmy na SBLim-2 do strefy pilotażu w dzień, z moim dowódcą klucza, Zdzisławem K. Dostaliśmy strefę w rejonie Złocieńca, na północ od Mirosławca. Był to jeden z trudniejszych i bardziej niebezpiecznych lotów – średni pilotaż na małej wysokości. Wprowadzenie do przewrotu następowało na wysokości 2000 m, a w dolnym położeniu nakazana wysokość to 200 m. Z tych 200 m i prędkości ok. 800 km/h zaczynało się pętle, i znów w górnym jej położeniu miało być 2000 m, a w dolnym – ponownie 200 m. Całość kończyło się imelmanem, z którego wyprowadzało się znów na wysokości 2000 m. Dodatkowo należało też wykonać beczki na wysokości 200 m, po dwie w lewo i dwie w prawo. Był to wspaniały lot, ale emocje były bardzo silne, wszak w ciągu kilkunastu sekund schodziło się na bardzo małą wysokość, by potem ponownie wspiąć się całkiem wysoko. Wykonałem całą wiązankę pod okiem instruktora, który uznał, że mi starczy tej nauki. A teraz to on sobie polata, odebrał mi stery i zszedł na wysokość lotu koszącego. Przelecieliśmy nad jednostką pancerną w Budowie pod Złocieńcem, by następnie wlecieć nad niewielkie jeziorko. Przejście wzdłuż jednego z brzegów na wysokości kilkunastu metrów z prędkością ok. 600 km/h spowodowało, że wszyscy wędkarze stojący wśród trzciny na drewnianych pomostach wychodzących na otwartą wodę wskoczyli do niej ochoczo. Wszyscy, z wyjątkiem jednego który stał niewzruszony i wygrażał nam pięścią. Zawróciliśmy i jeszcze raz nad nim przelecieliśmy, ale on nic, dalej stał i machał ręką z zaciśniętym kułakiem. Chyba po drugim czy trzecim razie daliśmy spokój. Zadowoleni z siebie wróciliśmy na lotnisko. Lądowanie w kierunku na zachód i do domku pilota. Omawiamy lot, kiedy wpadł dyżurny – telefon do dowódcy pułku. Ten wrócił blady i stwierdził, że jakichś dwóch baranów latało na SBLim-2 nad wędkującym zastępcą dowódcy dywizji, płkiem Andrzejem Dulębą. Zapisał numer samolotu i po sprawdzeniu okazało się, że to my. No tak, dlatego się nie bał i nie wskoczył do wody jak inni, bo tajemniczym wędkarzem wygrażającym pięścią był płk Andrzej Dulęba (późniejszy gen. broni, dowódca Sił Powietrznych). Zostaliśmy wezwani w poniedziałek do Świdwina, do raportu. Weekend nie był wesoły, zastanawiałem się co nam zrobią. Dzidek mówi: „nawet jak ci zdjęcie pokaże, mów że to nie my”. Nie my i już. Kiedy znaleźliśmy się w Świdwinie, pojawiliśmy się przed gabinetem zastępcy dowódcy dywizji w wyjściowych mundurach. Najpierw wezwano Dzidka, potem mnie. Tak jak mi powiedziano, twardo upierałem się, że to nie my. W końcu wezwano nas obu razem. Płk Dulęba zrobił nam wykład na temat odpowiedzialności i dyscypliny w lotnictwie. W końcu pyta: na pewno nie wy? To nie my! Odpowiadamy zgodnie. Opadł z rezygnacją na swój fotel i machnął ręką: no to jak nie wy, to żeby mi to było k…wa ostatni raz! No i tak nam się upiekło…. A ja poleciałem samodzielnie na Lim-6M na średni pilotaż na małej wysokości. Na cięższym Lim-6M w górnym położeniu mieliśmy utrzymywać 2500 m, ale ja sobie pozwoliłem na wykonanie całego pilotażu w przedziale wysokości 2200 m do 200 m, no czasem do 150 m. Na Limie nie było żadnego rejestratora, więc można sobie było pozwolić na odrobinę szaleństwa. A to "jak nie wy, to żeby mi to k...wa było ostatni raz" przeszło do mirosławieckiej legendy, bo oczywiście musieliśmy się tym pochwalić. Na zdjęciu sterany życiem Lim-6M zachowany w Muzeum Lornictwa Polskiego w Krakowie, Fot. Michał Fiszer To moja praca, te teksty, choć równolegle piszę w papierowej. Robię to dla Was. Jak Wam się podoba to proszę o kawki w zamian, przeznaczone dla mego potomstwa. Dziękuję! buycoffee.to/dafiszer
10
39
434
8,819
No może się uda... Co myślicie? Wspominki i anegdotki z życia wzięte, historię mrożące krew w żylaku, czyli jak to było, jak pamiętam i jak pokręciłem. Czekam na odpowiedź wydawcy, jak powie "nie" to szukam dalej....
56
42
526
10,434
Ha, ha, ktoś zakwestionował to co napisałem o F-35A, bo przecież WSZYSTKO JEST TAJNE I TO NIE SĄ PRAWDZIWE DANE. NO NIE. Nie wszystko jest tajne. Firmy, czasopisma lotnicze (mają swoje dojścia) podają OGÓLNE dane i takie podałem i ja. TAJNE są szczegóły.
13
18
419
15,910
A może byśmy wpadli na dzień do Tomaszowa... Z Glinnika do miasta, do Tomaszowa Mazowieckiego było 9 km. Nie zawsze nam się chciało łazić. A tu w pewną sobotę (a soboty były wówczas pracujące) siedzimy na sali, w której mieszkało nas dziesięciu, zmachani po lotach. Ktoś rzucił hasło, chodźmy do miasta! Ale nie było entuzjazmu, ludzie się jakoś ociągali…W końcu postanowiliśmy coś „skręcić” na miejscu, może gdzieś uda się kupić to i owo…Jasiu K. włączył radio… A tu w radio – Ewa Demarczyk. I śpiewa: „a może byśmy tak mój miły, wpadli na dzień, do Tomaszowa…” O kurcze! Zdębieliśmy. Ale Jarek Gacek, wierzący Ślązak który się codziennie rano modlił, zagrał nam na sumieniu: chłopoki! To znak Boży! Tak nie można! Zbierać rzycie, idziemy! Dla wyjaśnienia, rzycie to nie życie, tylko dupy po śląsku. No i poszliśmy. Była w Tomaszowie taka knajpa, Niedźwiedź. Dziś tam jest dom towarowy, ale wówczas imprezy były świetne. Bawiliśmy się przednio. Wracamy, co tam 9 km, kiedy człowiek ma 21 lat! Już na miejscu, patrzymy, a tu nie ma Marka B. Nomen omen, nazywany przez nas niedźwiedź, bo choć wysoki nie był, to krępej budowy i silny jak tur. Ktoś zawołał rozpaczliwie: chłopaki, „niedźwiedź” został w Niedźwiedziu! Już mieliśmy ruszyć na poszukiwania, a tu pojawia się Marek. Cały zakrwawiony! Matko Boska, Marek, co się stało? A niedźwiedź, chłopaki, nie wiem… Wyszedłem na chwilę na świeże powietrze, usiadłem na ławce… I usnąłem. Budzę się, patrzę a tu ta krew! Ale oglądam się, no nic, ni zadrapania. No kurde, musiał się ktoś nawinąć! No fakt, niedźwiedziowi lepiej w drogę nie wchodzić… Zdjęcie mojej grupy z WOSL Dęblin, 1985 r., drugi od lewej Andrzej Błasik, ja klęczę. Na zdjęciu jest dwóch przyszłych generałów, trzeci od prawej - Wojtek Pikuła. Fot. NNN To moja praca, te teksty, choć równolegle piszę w papierowej. Robię to dla Was. Jak Wam się podoba to proszę o kawki w zamian, przeznaczone dla mego potomstwa. Dziękuję! buycoffee.to/dafiszer
15
17
212
5,829
Anakonda nad Tatrami Dalsze ćwiczenia Partnerstwo dla Pokoju związało mnie z pułkownikiem Markiem Ciszewskim, pilotem MiG-21 z Łasku, dowódcą pułku, a następnie zastępcą szefa lotnictwa Dowództwa WLOP i w końcu szefem lotnictwa. Był pierwszym w Polsce absolwentem prestiżowej amerykańskiej uczelni Air War College w Maxwell w Alabamie. Był doskonale obytym, kulturalnym i szalenie inteligentnym człowiekiem, ale nie mógł się jakoś dogadać ze starszym pokoleniem generałów i sam generałem nie został, a zdecydowanie powinien. Po raz pierwszy trafiłem z nim na ćwiczenie Cooperative Jaguar do Karup w Danii w 1995 r. Zostałem tam mianowany jego executive officer, czyli nie zastępca, ale prawie, Amerykanie mają takie fajne stanowisko. Taki człowiek od wdrażania w życie poleceń dowódcy. Jedną z fajniejszych rzeczy, jaką zawdzięczam pułkownikowi Ciszewskiemu, była unikalna okazja wykonania lotu na MiG-23UB w drugiej kabinie, z majorem Jerzym Kudzią. Ze Słupska trafiła się niesamowicie fajna ekipa, poza wymienionym, także mjr Paweł Kowalczyk i kpt. Tomasz Pajórek, który niestety zginął zaledwie dwa lata później, 11 listopada 1998 r. w katastrofie TS-11 Iskra koło Otwocka, niedługo po przeniesieniu do Mińska Mazowieckiego na upragnione MiG-29. Zostałem przez nich przyjęty z niewiarygodnie wielką życzliwością i jestem im za to dozgonnie wdzięczny. Lot MiG-23UB był niezwykle ciekawy. Był to lot na przechwycenie, ale miałem okazję posterować tym samolotem, by przekonać się jak bardzo wymagający on był. Dosłownie rok wcześniej kolega z promocji zafundował mi lot na MiG-21UM na Krzesinach i okazało się, że jest to samolot przyjemny i poprawny w pilotażu, ładnie i szybko reagujący na stery, wymagający nieco delikatniejszych i mniej obszernych ruchów niż Su-22. Tymczasem MiG-23UB był po prostu niestateczny, wymagał nieustannych ruchów sterami dla utrzymania właściwych parametrów lotu. Był pod tym względem bardzo nieprzyjemny, nie można było rozluźnić się nawet na chwilę. Do manewrowania bardziej przypominał Su-22 niż MiG-21, miał duże promienie zakrętów i ostrzegał przed przeciągnięciem także sztucznie wywołanym szarpaniem drążka przez specjalny automat. No i ta jego dźwignia sterowania silnikiem, taki suwak z burty poruszający się liniowo przód-tył… Bardzo nietypowo. Ćwiczenia Partnership for Peace, na Węgrzech, w bazie lotniczej Keckemet, na które znów poleciałem z płkiem Ciszewskim, tym razem z fajną ekipą na MiG-29 z 1. Pułku Lotnictwa Myśliwskiego „Warszawa” z Mińska Mazowieckiego. W ćwiczeniu brał też udział nasz An-26 i śmigłowiec W-3MR Anakonda. Dla załogi naszej Anakondy z Marynarki Wojennej przelot był niesamowicie dramatyczny. Nad Tatrami złapało ich oblodzenie i śmigłowiec zaczął tracić wysokość. Lądować nie było gdzie. Sytuacja była naprawdę dramatyczna, bo groziło im rozbicie się w górach. Dla zmniejszenia masy zaczęli wyrzucać przez drzwi za różne niepotrzebne rzeczy. Ale śmigłowiec ledwo się trzymał na potrzebnej wysokości. W pewnym momencie technik patrzy podejrzliwie na ratownika, rosłego bosmana, aż ten się w końcu zdenerwował: „Maciek, wiem o czym myślisz, weź się odpierdol!” Jakoś dolecieli, ale nad tymi Tatrami pozbyli się wszelkich rzeczy osobistych, w Szolnok, gdzie oni mieli swoją bazę i skąd latali na ćwiczenia, początkowo nie mieli nawet gaci na zmianę, bo wszystko powyrzucali! Jak ktoś potem spotkał w Tatrach niedźwiedzia w kurtce lotniczej, to nie powinien się dziwić. Udało im się jednak zrobić jakieś zakupy w tym małym węgierskim miasteczku i jakoś przeżyli. Na zdjęciu - ekipa pilotów i techników z 1. PLM Warszawa w Kecskemet na Węgrzech, 1996 r. Fot. Michał Fiszer To moja praca, te teksty, choć równolegle piszę w papierowej. Robię to dla Was. Jak Wam się podoba to proszę o kawki w zamian, przeznaczone dla mego potomstwa. Dziękuję! buycoffee.to/dafiszer
9
12
191
4,852
F-35 "powietrze-powietrze" Mimo, że w manewrowej walce powietrznej F-35A ustępuje F-16C/D Block 52 , to jednak na dużych i średnich odległościach ma bardzo wyraźną przewagę. Pomijając fakt, że może w sposób skryty podejść do wrogich myśliwców, to ma też doskonały radar i przyzwoite uzbrojenie. Polacy otrzymali odmianę Block 4, ale ponieważ radar AN/APG-85 z anteną wykonaną z użyciem tlenku galu o zwiększonej czułości i precyzji nie był jeszcze gotowy, to nasze F-35A otrzymały nieco starsze AN/APG-81. Oba są produkowane przez Northrop Grumman w zakładach Linthicum Heights w Maryland, tuż obok Baltimore, czyli w danym zakładzie firmy Westinghouse Defense and Electronics Systems Center. Jest to radar z aktywnie skanowaną anteną typu AESA. Antena radaru AN/APG-81 posiada 1676 mikroelementów nadawczo-odbiorczych (tzw. modułów T/R – Transmit/Receive modules). Dzięki temu każdy z nich wysyła wiązkę w innym kierunku, tworząc "jeża" wiązek, obserwując przedni sektor przed samolotem w zakresie ±60 stopni w poziomie (azymut) oraz ±60 stopni w pionie (elewacja). Oznacza to, że pojedyncza, płaska antena radaru zamontowana na sztywno w nosie F-35A pokrywa przednią półsferę w zakresie 120 stopni, nie potrzebuje mechanicznego poruszania, jak w F-16 (choć na naszych tylko w azymucie, w pionie jest elektroniczne skanowanie fazowe). Zasięg tego radaru jest większy niż na F-16, cel typu mały myśliwiec jest wykrywany z odległości 150-160 km, wobec 110-130 km na F-16C/D Block 52 czy 70-85 km na MiG-29. Sam F-35A natomiast przez wrogie myśliwce jest wykrywany z bardzo małej odległości, zapewne około 20 km, bo ma bardzo niskie echo radarowe. Najciekawsze są jednak tryby pracy. Zwykły radar, w tym ten na F-16, pracuje albo w trybie poszukiwania, albo śledzenia celu. Do użycia rakiet wymagane jest śledzenie. Typowe skanowanie to RWS - Range While Search. Określa się wówczas położenie wszystkich celów, ale przy każdy "omieceniu" wiązką radaru przestrzeni, cele które w międzyczasie zmieniły położenie, są traktowane jak nowo wykryte. Są pokazywane na ekranie, ale system nie tworzy tzw. plotu, czyli nie rysuje ścieżki ich poruszania się pozwalającego na projekcje ruchu niezbędnego dla skierowania rakiet we właściwe miejsce spotkania. Na zakresie STT (Single Target Track) antena podąża za tym jednym celem, nie wykrywając innych, lecz w sposób ciągły monitorując jego położenie tworząc "plot". Tak było na MiG-29. Na F-16C był pewien substytut - TWS, Track-While-Scan, czyli elektroniczne tworzenie plotów przez komputerowe łączenie kropek wykrytych celów w poszczególnych "omieceniach" przestrzeni powietrznej dla ograniczonej liczby celów, przy zwiększonej częstotliwości powtarzania impulsów radaru, czyli "ścięciu" maksymalnego zasięgu. Na TWS radar AN/APG-68(V)9 z F-16C/D jednocześnie śledzi do 10 celów powietrznych, mogąc przygotować rozwiązania ogniowe dla czterech pocisków AMRAAM jednocześnie. O ile MiG-29 mógł pociskiem R-27R zaatakować na raz jeden cel, to F-16 może jednocześnie atakować cztery różne pociskami AIM-120C-5/7 AMRAAM o zasięgu do 70/100 km wysyłając im paczki uaktualnienia położenia MCU (Mid-Course-Update) do czterech pocisków. Natomiast na APG-81 jest rewolucja. Nie ma podziału na wykrywanie i śledzenie. Jest jeden tryb IST, Interleaved Search and Track (Przeplatane skanowanie i śledzenie). Radar potrafi jednocześnie przeczesywać przestrzeń powietrzną i śledzić dziesiątki celów, generując dla pilota pełny obraz sytuacji taktycznej. Wiązka radaru „skacze” między celami tak szybko, że pilot nie musi zmieniać trybów, by przygotować się do odpalenia rakiety. Dodatkowo radar pracuje naprzemiennie w trybie pasywnym odbierając sygnały radaru wroga i innych jego systemów, uaktualniając śledzenie, ale zbierając dane do identyfikacji celu. Dzięki cyfrowemu formowaniu wielu wiązek naraz, radar potrafi jednocześnie śledzić i naprowadzać pociski AIM-120 AMRAAM na kilka różnych celów powietrznych rozproszonych w przestrzeni. Polskie F-35A dzięki belkom Sidekick mogą w komorach wewnętrznych zabrać do sześciu AIM-120D-3 AMRAAM o zasięgu do 130 km. Wszystkie mogą być wystrzelone salwą do sześciu różnych celów jednocześnie. Można zostać asem w jednej dobrej salwie... Jeśli jest to tryb powietrze-powietrze, to cztery kolejne AMRAAM można zabrać na zaczepy podskrzydłowe na belkach pojedynczych i jeszcze dwa AIM-9X Sidewinder pod samymi końcówkami. Wówczas teoretycznie można rypnąć w jednym ataku nawet 10 AMRAAMów do 10 różnych samolotów z nadlatującej grupy, 2,5 raza tyle co na F-16. Lockheed przewiduje w przyszłości certyfikowanie samolotu do belek podwójnych na AMRAAM na zewnątrz i samolot może wówczas zabrać 14 AMRAAMów w tzw. "beast mode" (reżim bestii). Oczywiście radar samolotu jest nieczuły na tzw. "notch" czyli zmylenie radaru impulsowo-dopplerowskiego przez stanięcie pod kątem 90 stopni do nadlatującego myśliwca, kiedy nie ma różnicy dopplerowskiej i samolot wroga znika z radaru na tle ziemi. Jest to nazywane "lotem w kanale ślepoty dopplerowskiej". Większość radarów w myśliwcach szuka celów na tle ziemi (tryb look-down/shoot-down) wykorzystując efekt przesunięcia dopplerowskiego (częstotliwości) od celów ruchomych. Ziemia odbija gigantyczne ilości fal radiowych (tzw. odbicia od podłoża lub ground clutter). Aby radar nie pokazywał pilotowi "szumu" zamiast samolotów, komputer odfiltrowuje wszystkie obiekty, które są nieruchome względem ziemi, czyli nie mają prędkości promieniowej względem myśliwca. Radar AN/APG-81 ma zakres mikro-Doppler. Kadłub samolotu może lecieć prostopadle i mieć zerową prędkość radialną, ale łopatki wewnątrz silników odrzutowych wciąż obracają się z prędkością tysięcy obrotów na minutę. Radar AN/APG-81 ma tak potężną czułość, że wychwytuje te miniaturowe przesunięcia fazowe od pracującego silnika wroga i "widzi" go pomimo idealnego kąta lotu. Dlatego nie jest możliwe "zniknięcie" z radaru F-35A tak jak można zniknąć z MiG-29 i F-16 lecąc prostopadle. Do tego dochodzi zakres automatycznej identyfikacji celu i pełna integracja współpracy z elektrooptyką, ale to oddzielna historia.... Fot. MON To moja praca, te teksty, choć równolegle piszę w papierowej. Robię to dla Was. Jak Wam się podoba to proszę o kawki w zamian, przeznaczone dla mego potomstwa. Dziękuję! buycoffee.to/dafiszer
47
125
1,166
77,165
Kura Córka Natalia skończyła tę samą szkołę oficerską co ja, tylko kiedy kończyła była to już Wyższa Szkoła Oficerska Sił Powietrznych, a za moich czasów była to Wyższa Oficerska Szkoła Lotnicza im. Jana Krasickiego. Co miał ten działacz komunistyczny wspólnego z lotnictwem, tego nikt nie wie. Imię takie nadano w 1955 r., z chwilą przemianowania Oficerskiej Szkoły Lotniczej nr 4 w Oficerską Szkołę Lotniczą. Imię zachowano przy przekształceniu jej w Wyższą w 1968 r. Na bezimienne już WSOSP moją Alma Mater przeorganizowano w 1994 r., notabene na kilka lat przed przemianowaniem Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej (WLOP) w Siły Powietrzne. Ostatecznie w 2018 r. przemianowano ją na Lotniczą Akademię Wojskową. Z tym patronem było o tyle dziwnie, że istniejąca w latach 1951-1964 druga szkoła, Oficerska Szkoła Lotnicza nr 5 w Radomiu, nosiła imię Żwirki i Wigury. W każdym razie my nazywaliśmy naszą uczelnię UJK (Uniwersytet Jana Krasickiego) albo skromnie Dembridge. Mówiono, że po jej ukończeniu dostaje się: „dwie gwiazdy, prawo jazdy, inżyniera od huku i dziewczynę z dęblińskiego bruku”. Jak się okazuje, za czasów mojej córki nadal oryginałów nie brakowało. Jej kolega z roku o ksywce „Kura” był wyjątkowym jajcarzem. W okresie sławetnej wojny z terroryzmem, w domku pilota w Dęblinie zainstalowano specjalny alarm. Alarm miał pilota, który wyglądał jak pilot od telewizora. Wystarczyło na nim nacisnąć dowolny przycisk, a u oficera dyżurnego w dyżurce włączał się alarm. Różnie to działało, czasem były fałszywe alarmy nie wiadomo dlaczego, a czasem przy sprawdzeniu nie działał. Któregoś dnia przyjechał jakiś logistyk, czekając w domku pilota na dowódcę bazy. O alarmie nie wiedział, bowiem zapoznani z nim byli jedynie stali bywalcy domku pilota. Chcąc sobie umilić czas oczekiwania, chciał włączyć telewizor, ale złapał nie za tego pilota. Ciśnie przyciski, a tu nic, więc zrezygnowany odłożył pilota. Za chwilę pod domek pilota podjeżdża UAZ oficera dyżurnego. „Kura” wyjrzał przez okno i woła do innych: „słuchajcie, nie wychodźcie przez chwilę!”. To mówiąc, sam wyszedł trzymając ręce z tyłu na głowie. Oficer dyżurny, który wysiadł z UAZa, zamarł i patrzy przerażony. Był przekonany że to znów fałszywy alarm, więc przyjechał sam, a tu taka sytuacja! Pilot podchorąży zrobił parę kroków trzymając ręce z tyłu na głowie i klęka. Oficer stoi jak sparaliżowany, zastanawia się, co robić?! A „Kura” nagle wyrzuca ręce w niebo i woła na głos: „kurwa, zadziałało to gówno!” Oficer dyżurny miał taką minę, jakby go chciał udusić na miejscu. Na zdjęciu SW-4 Puszczyk, na którym wyszkoliła się Natalia. Fot. Michał Fiszer To moja praca, te teksty, choć równolegle piszę w papierowej. Robię to dla Was. Jak Wam się podoba to proszę o kawki w zamian, przeznaczone dla mego potomstwa. Dziękuję! buycoffee.to/dafiszer
9
19
319
11,029
F-35A a Wojska Lądowe cz. 1 Myślę, że to może zainteresować wszystkich. Jak Wojska Lądowe mogą korzystać z informacji rozpoznawczej zbieranej przez samolot F-35A? Podstawowym systemem dowodzenia Wojsk Lądowych na wszystkich szczeblach jest wielodomenowy Zautomatyzowany System Zarządzania Walką klasy C3IS opracowany przez polską firmę Teldat, HMS C3IS Jaśmin. Najważniejszą jego funkcją jest tworzenie Połączonego Obrazu Sytuacji Operacyjnej (POSO lub jak kto woli CRSP - Common, Recognized Situation Picture): System agreguje dane z systemów lądowych, powietrznych i morskich, nanosząc je na mapy cyfrowe w czasie rzeczywistym symbolami taktycznymi NATO. Jednocześnie jest w stanie nanieść elementy analizy sytuacji - zasięgi środków ogniowych, rubieże przechwycenia, rozgraniczenia między pasami działania jednostek, itp. Ponadto Jaśmin zapewnia śledzenie wojsk własnych (BFT – Blue Force Tracking) i wspomaga proces planowania, zapewniając cyfrowe nakładanie rozkazów, tworzenie kalkulacji bojowych, szablonów operacyjnych, prognoz oraz dystrybucja dokumentów i rozkazów bojowych do podwładnych w ułamku sekundy. Jaśmin ma trzy moduły, które prezentują sytuację na różnym obszarze, w związku z tym z różnym stopniem szczegółowości. Korpus, dywizja, brygada - moduł HMS JAŚMIN (wraz z oprogramowaniem HMS C3IS JAŚMIN); Batalion, kompania, pluton - moduł BMS JAŚMIN (z oprogramowaniem BMS C3IS JAŚMIN). W batalionie może być pojazd Waran, ale reszta (kompania, pluton) w czołgach, Borsukach i Rosomakach; Drużyna, sekcja, żołnierz - system żołnierza XXI wieku z terminalem DSS JAŚMIN (z oprogramowaniem DSS C3IS JAŚMIN). To miniaturowe urządzenia (coś w rodzaju tableta) noszone przez żołnierzy pieszych, dające im podgląd mapy, pozycji kolegów oraz możliwość meldowania o położeniu celów. Podstawowym modułem do odbioru danych z sensorów F-35A jest kompatybilny z łączem Link-16 moduł oprogramowania znany jako JREAP-C (Joint Range Extension Applications Protocol). Po odebraniu danych z Link-16 system Jaśmin dokonuje już samodzielnie integracji danych z własnym obrazem sytuacji taktycznej i prowadzi wewnętrzną dystrybucję tegoż do wszystkich użytkowników. W grupie samolotów F-35A między sobą komunikują się one specjalnym, utajnionym łączem (MADL – Multi-Function Advanced Data Link) które ma charakter radiolinii (jest kierunkowe). Aby nie zdradzać pozycji samolotu jeden z nich jest wyznaczany jako terminal "bramki danych" i tylko ten jeden posługuje się ogólnokierunowym Lin-16 wysyłając i odbierając dane, rozsyłając to do pozostałych samolotów po MADL. Jednocześnie Jaśmin posiada moduł CID JAŚMIN (Serwer Identyfikacji Bojowej), który na zasadach Blue Force Tracker odbiera dane o położeniu własnych wojsk, ale nie tylko na lądzie, także myśliwców, śmigłowców, itp. Oczywiście jest w stanie nałożyć to na mapę sytuacji i wysłać po Link-16 do samolotu, w związku z tym pilot widzi na wyświetlanej mapie sytuacji gdzie są własne wojska. Istnieje jeszcze moduł JFSS JAŚMIN (Joint Fire Support System - moduł wsparcia ogniowego) również odbierający dane z Link-16, który występuje m.in. w artylerii, mogąc przekazywać dane do systemu dowodzenia i kierowania ogniem artylerii TOPAZ. Dzięki temu możliwe jest realizowanie misji DACAS (Digitally Aided Close Air Support) czy DAFS (Digitally Aided Fire Support - artyleria lufowa i rakietowa), a także komunikatów Link 16. System przyjmuje te dane z powietrza (np. od myśliwca F-35), a następnie przekazuje je do TOPAZA za pomocą zunifikowanych komunikatów cyfrowych (np. żądań wezwania ognia typu Call for Fire). Ta funkcja pozwala na niszczenie tzw. TCT (Time Critical Target), celów wymagających natychmiastowego zniszczenia, za pomocą artylerii rakietowej, bezpilotowca lub uzbrojenia lotniczego, bowiem są takie cele, jak np. wyrzutnia rakiet taktycznych, które po wykryciu trzeba od razu zniszczyć, bo się schowa zaraz. Ścieżka Full Motion Video (Strumieniowanie wideo w czasie rzeczywistym) - F-35 posiada zintegrowany moduł radiowy FMVDL (Full Motion Video Data Link). Moduł ten kompresuje i koduje obraz wideo wysokiej rozdzielczości wraz z metadanymi (współrzędnymi geograficznymi miejsca, na które patrzy kamera). Wojska muszą posiadać moduł odbiorczy ROVER. System ROVER (Remote Operations Video Enhanced Receiver) to rodzina przenośnych terminali i odbiorników taktycznych, które służą do odbioru obrazu wideo oraz danych z samolotów (np. F-16, F-35), śmigłowców (AH-64 Apache) czy dronów. Ich producentem jest amerykański koncern L3Harris. Polska ma wersje ROVER 5 i 6. Centralna Grupa Taktycznego Zespołu Kontroli Obszaru Powietrznego (TZKOP) z Bydgoszczy wystawia dla związków taktycznych (dywizja, brygada) zespoły TACP (Tactical Air Control Party – Taktyczne Zespoły Kontroli Obszaru Powietrznego) złożone z kontrolerów JTAC (Joint Terminal Attack Controller / Wysuniętych Nawigatorów Naprowadzania Lotnictwa). To właśnie oni mają terminale ROVER, a ponadto mają je u nas Wojska Specjalne. Sygnał z odbiornika naziemnego ROVER w postaci strumienia sieciowego IP (np. RTSP lub standardu STANAG 4609 dla wideo wojskowego) trafia do routera Jaśmina. Oprogramowanie C3IS JAŚMIN (zarówno w wersji sztabowej HMS, jak i mobilnej BMS) posiada natywną funkcję odtwarzania wideo z bezzałogowców i samolotów, dzięki czemu dowódca widzi podgląd na żywo w oknie obok mapy operacyjnej. Na zdjęciu: wóz dowodzenia modułu HMS JAŚMIN z 21. Brygady Strzelców Podhalańskich, 2025 r. Fot. Michał Fiszer To moja praca, te teksty, choć równolegle piszę w papierowej. Robię to dla Was. Jak Wam się podoba to proszę o kawki w zamian, przeznaczone dla mego potomstwa. Dziękuję! buycoffee.to/dafiszer
10
29
279
8,254
MiG-23BN czy Su-22M4? Trzy kraje dawnego Układu Warszawskiego zakupiły MiG-23BN: Bułgaria zakupiła je jako pierwsza, otrzymując je od listopada 1976 r. do 1981 r. Kupiła też najwięcej bo 33 MiG-23BN i wraz z nimi 3 MiG-23UB, trafiły one do 25. Pułk Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego w bazie Czeszniegirowo. Z Bułgarii wycofano je dopiero pod koniec 2000 r., choć po 1990 r. latały one mało intensywnie, a z różnych krajów dokupowano kolejne MiG-23BN na części zamienne. NRD kupiło 18 MiG-23BN i 4 MiG-23UB dla pułku JBG-37 „Clemens Gottwald” w Drewitz w latach 1977-1978. Wycofano je wszystkie w październiku 1990 r. Ciekawostką jest, że do drugiej połowy lat 80. w 3. Eskadrze tego pułku nadal używano MiG-17F zmodyfikowanych jak polskie Lim-6bis, to znaczy z dodatkowymi zaczepami na 16 rakiety niekierowane S-5 z zasobnikami Mars-2. Zestawy modernizacyjne dostarczono z Polski. Niemieckie szturmowce nie miały zasobnika na spadochron hamujący. Czechosłowacja kupiła w latach 1978-1980 łącznie 32 MiG-23BN obok 8 MiG-23UB z przeznaczeniem dla 28. Pułk Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego w bazie Čáslav. Wszystkie wycofano w 1994 r. Warto odnotować, że ciut wcześniej, bo w latach 1974-1976 Polska kupiła 27 Su-20 (oryginalnie 26, ale jeden otrzymano dodatkowo za rozbity na skutek wady fabrycznej). Używano ich do 1997 r. w 7. PLBR w Powidzu. MiG-23BN były zalecane jako eksportowe. Su-17 początkowo nie eksportowano, wyjątkiem byłe Egipt, który w obliczu wojen z Izraelem otrzymał w latach 1973-1974 łącznie 48 Su-20 (eksportowa odmiana Su-17M), ale dalsze dostawy przerwano, bowiem stosunki z ZSRR uległy załamaniu w 1974 r. Polska skorzystała z okazji i odebrała resztę zamówienia produkowanego pierwotnie na zamówienie Egiptu. Samoloty MiG-23BN miały udźwig 3000 kg wobec 4000 kg Su-22M4. Miały też bardziej paliwożerny silnik R-29B-300 od AŁ-21F-3 z Su-22. Ten pierwszy był ciut silniejszy 8000 kG bez i 11 500 kG z dopalaniem podczas gdy AŁ-21F-3 - 7800 kG i 11 200 kG z dopalaniem, ale był o ok. 100 kg cięższy. Miał bardziej skomplikowaną dwuwałową konstrukcję, AŁ-21F-3 (zbliżony konstrukcyjnie do General Electric J79-GE, nie był jego kopią, ale miał pewne podobne rozwiązania) był jednowałowy z regulowanymi stopniami sprężarki wieńców kierujących. MiG-23BN miał system nawigacyjno-celowniczy KN-23 z analogowym wylicznikiem celowniczym W-144, dalmierzem laserowym Fon, systemem nawigacji bezwładnościowej IKW-1, dopplerowski miernik prędkości i kąta znoszenia DISS-7 i radiotechniczny system bliskiej nawigacji RSBN-6S z własnym wylicznikiem nawigacyjnym pozwalającym na lot po zaprogramowanej trasie (3 punkty zwrotne) i zajście do lądowania wg. wskazań PRMG (sowiecki ILS). MiG-23BN zabierał do sześciu bomb 500 kg, do ośmiu bomb 250 kg (pod skrzydłami na belkach wielozamkowych MBD) lub do 18 bomb 100 kg, do czterech zasobników UB-32 na 32 rakiety niekierowane S-5, do czterech zasobników B-8 na 20 rakiet niekierowanych S-8 kal. 80 mm lub do czterech ciężkich rakiet niekierowanych S-24. Zabierał tylko dwie rakiety kierowane komendowo Ch-23, miał wbudowany w prawe skrzydło zasobnik Delta-NG do transmisji komend kierowania. Pilot trzymał środek siatki celownika na celu, a komendy były wypracowane automatycznie (SACLOS -Semi-Automatic Control Line Of Sight). Su-22M4 miał nieco większy zasięg i taktyczny promień działania i miał cyfrowy system nawigacyjno-celowniczy PrNK-54 z cyfrowym komputerem CWM-20-22 Orbita, nowszym układem bezwładnościowym IKW-8, DISS-7, RSBN-10 i co ciekawe, także systemem RSDN A-720 będącym sowieckim LORANEm. Miał stację laserową Klon-PS umożliwiającą także podświetlanie celów dla rakiet. Cyfrowy komputer realizował funkcje nawigacyjne i celownicze w tym automatyczny lot po trasie (6 punktów zwrotnych). Zabierał do 4 rakiet Ch-25MŁ (kierowane laserowo) lub Ch-25MR (kierowane komendowo, wymagały podwieszenia zasobnika Delta-NG, Polska nie zakupiła) lub Ch-25MP przeciwradiolokacyjne (wymagały podwieszenia z tyłu kadłuba zasobnika Wjuga) lub do dwóch ciężkich Ch-29Ł (laserowe) bądź Ch-29T (telewizyjne - w Polsce tylko na 22 ostatnich z 90 Su-22M4, bo wcześniejsze serie nie miały monitora TV). Można było podwieszać do 8 bomb 500 kg, do 10 bomb 250 kg lub 20 bomb 100 kg (na belkach MBD) lub sześciu UB-32, 4 B-8, 6 S-24 lub dwie S-25 (nadkalibrowa 420 mm, niekierowana). Na podwieszeniu zewnętrznym można było zabrać zasobnik zakłóceń aktywnych SPS-141M lub (niezakupione przez Polskę) SPS-142 czy SPS-143. MiG-23BN był bardzo nieprzyjemny w pilotażu, Su-22M4 choć trudny, to jednak był relatywnie poprawny. Wszystkie kraje które kupiły MiG-23BN nie kupowały ich więcej. Zamiast tego wszystkie trzy kupiły następnie Su-22M4. Poza Polską która w latach 1984-1988 kupiła 90 Su-22M4 i 20 Su-22UM3K, a ponadto: Bułgaria: 18 sztuk wersji bojowej Su-22M4 (oraz 3 sztuki szkolno-bojowych Su-22UM3K, co daje łącznie 21 maszyn). Dostarczone w latach 1984–1986. Czechosłowacja: 48 sztuk wersji bojowej Su-22M4 (oraz 8 sztuk szkolno-bojowych Su-22UM3K, co daje łącznie 56 maszyn) - w latach 1984–1989. NRD: 48 sztuk wersji bojowej Su-22M4 (oraz 8 sztuk szkolno-bojowych Su-22UM3K, co daje łącznie 56 maszyn). Dostarczone w latach 1984–1987. Niemcy wycofały je w październiku 1990 r., Czechy w 2002 r., Słowacja w 2000 r., a Bułgaria w 2004 r. Polska w 2025 r. (ostatnie 18). Legenda opowiadana w Dowództwie WLOP (SP) w Warszawie głosiła, że mniej więcej w 1980 r. czy 1981 r. polska delegacja udała się do NRD celem zapoznania się z MiG-23BN. Na oficjalnej prezentacji: Hi-Fi, Super Star, Super Hit, z turbodoładowaniem i oporopowrotnikiem. Potem poszli na schnabsa, posiedzieli, popili. I Niemiaszki mówią: chcecie wiedzieć prawdę? No tak. To wam powiemy: to ciężkie scheisse! Na zdjęciu z 1991 r. - czechosłowacki MiG-23BN na pokazach w Bratysławie Fot. Michał Fiszer To moja praca, te teksty, choć równolegle piszę w papierowej. Robię to dla Was. Jak Wam się podoba to proszę o kawki w zamian, przeznaczone dla mego potomstwa. Dziękuję! buycoffee.to/dafiszer
18
21
257
7,394
MBSR - Mindfulness-Based Stress Reduction po dęblińsku Niedawno dowiedziałem się o programie (technice?) MBSR - Mindfulness-Based Stress Reduction. Polega to na świadomym, a nie automatycznym reagowaniu na przeciwności losu, gdzie każdy bodziec, który normalnie by nas zdenerwował zostanie na spokojnie przemyślany, przeanalizowany i odpowiednio oceniony, w drodze medytacji, takiego spojrzenia nieco z boku... Wtedy taki bodziec nie jest straszny, mamy gotowe rozwiązania problemów i nie przejmujemy się nim. Automatyczna reakcja natomiast, to nerwy... Opisuję to w pewnym uproszczeniu i skrócie, bowiem moje pojęcie o MBSR jest zdecydowanie blade, choć zamierzam się nim bliżej zainteresować.... I w tym kontekście przypomniało mi się, jak ok. 1982-1983 r. jeden z naszych wykładowców i instruktorów z tzw. Służby Wysokościowo-Ratowniczej, znanej pod wdzięcznym skrótem WysRat, zainteresował się jogą. Był to niezwykle doświadczony skoczek spadochronowy, doskonały specjalista od ratownictwa i przetrwania, tudzież od katapultowania z samolotów odrzutowych. Ale ta joga za głębokiej komuny wyglądała nieco na herezję. Małe wyjaśnienie. Opuszczenie samolotu odrzutowego pędzącego z wielką prędkością na dużej bądź na małej wysokości, jest w zasadzie niemożliwe w normalny sposób, bowiem opór powietrza jest nie do pokonania przez człowieka, nie mówiąc już o niemal pewnym zderzeniu z usterzeniem. Dlatego pilot siedzi na fotelu, który jest wyrzucany z kabiny ładunkiem wybuchowym i impulsem silnika rakietowego. Powstaje przy tym potworne przeciążenie, dlatego trzeba zająć odpowiednią pozycję, by nie skończyło się to złamanym kręgosłupem. Na Su-22 był świetny fotel, który umożliwiał katapultowanie nawet z powierzchni ziemi, pod warunkiem prędkości minimum 70 km/h, gwarantującej to, że odrzucony wiatrochron kabiny nie spadnie pilotowi z powrotem na łeb. Pociągnięcie za dźwignie powodowało odstrzelenie wiatrochronu, ściągnięcie rąk i nóg pilota do fotela, wyrzucenie fotela z kabiny ładunkiem wybuchowym, uruchomienie silników rakietowych, następnie po ich wyłączeniu otwierały się dwa małe spadochroniki stabilizujące, następowało odcięcie pasów pilota i odstrzelenie zagłówka fotela, w którym był spadochron. Pilot oddzielał się z otwierającym się spadochronem ratowniczym na wysokości ok. 160 m, jeśli katapultowanie miało miejsce z ziemi. Przy jego kombinezonie zostawał przypięty na linkę zasobnik ratowniczy NAZ, zawierający wiele przydatnych rzeczy, w tym sławetny proszek, z instrukcją jego użycia - "kak prognat' akułu" - czyli jak odpędzić rekina. To na wypadek katapultowania nad morzem, raczej nie Bałtykiem... Spadochron ratowniczy też otwierał automat, na wysokości 4000 m, powyżej tej wysokości, ze specjalnego aparatu przypiętego do tylnej części ciała pilota (siedziało się na nim) płynął tlen, pozwalając na przeżycie przy katapultowaniu na większej wysokości. W zasadzie po pociągnięciu za dźwignie można sobie już było stracić przytomność, wszystkie dalsze zdarzenia odbywały się automatycznie, uruchamiane kolejnymi pironabojami mechanizmu fotela wraz z odpowiednimi układami sprężynowymi (fotel działał bez prądu). Każdy kto się katapultował ma jakąś ciekawą opowieść z tym związaną. Jeden z moich przyjaciół, który zaliczył katapultowanie z Su-20 na gorszym nieco fotelu KS-4, do dziś, po dziesiątkach lat, gdy siedzimy w knajpce w ogródku, a on odruchowo obejrzy się za jakąś laską, natychmiast łapie się za kark sycząc z bólu - kręgi szyjne dostały po kościach... Był w Dęblinie dość hard-core-owy symulator katapultowania zwany UTKZ. Wystrzeliwał on fotel pochodzący z Lima na 2/3 prawdziwego ładunku na wysokość bliską 10 metrów, pod specjalny stelaż, spod którego pilot opadał na stalowych linkach hamowanych odpowiednim mechanizmem na wielki materac. Służył do nauki przyjęcia odpowiedniej pozycji (jak ktoś przyjął złą, mógł się nawet połamać) oraz do przełamania psychicznej bariery przed katapultowaniem. Dla nas (a każdy z nas, ja także, zaliczyliśmy na tym diabelskim urządzeniu po 4 ćwiczebne katapultowania) było to wielkie przeżycie. Strach, adrenalina, tętno skacze pod sufit. Stres jak cholera. I wtedy właśnie pan mjr P. zaproponował jogę. Medytację, pozwalające na rozładowanie stresu. A dokładnie on to nazywał "techniki relaksacyjno-kontemplacyjne" w ramach szkoły "Zen", czy jakoś tak. W każdym razie, brzmiało dość oryginalnie w WOSL im. Janka Krasickiego.... Jakimś cudem odpowiedni program został zaakceptowany w komendzie szkoły, dla ochotników. Oczywiście oficerowie polityczni kręcili głowami, jak to joga? A nie świadomość klasowa i motywacja płynąca ze służby ludowej ojczyźnie? Ale przeszło. Nie bardzo w te medytacje wierzyliśmy, dlatego niewielu się zapisało. Ale jednym z tych, którzy chodzili był niejaki Pawełek Ch., niestety już w niebieskiej eskadrze (rak...). Był bardzo gorliwym uczniem jogi i mistrza mjr P., a zatem mistrz pokładał w swoim uczniu wielkie nadzieje. Dzień przed planowanym katapultowaniem Paweł nie wytrzymał stresu, poszedł więc z kumplami do restauracji Adria za płotem (ADRIA znana jako Akademicki Dom Rozpuzty i Awantur). Do tej Adri najbliżej było przez lotnisko, ale trzeba było przejść przez dziurę w płocie, która wiecznie była reperowana i wiecznie się znów pojawiała. W końcu komenda szkoły poddała się i wystawiła przy tej dziurze wartownika sprawdzającego przepustki. Pawełek nawalił się tak artystycznie, że trzeba było go przynieść. Na szczęście ciężki nie był. Następnego dnia, wciąż niekontaktującego Pawła koledzy zaprowadzili na owe katapultowanie. Posadzono go na fotelu, sprawdzając, czy ma właściwą postawę. Było to o tyle łatwe, że jak się go ułożyło, tak zostawał, nie wiercił się. I wtedy mjr P., który jakimś cudem nie poczuł nic (miał dość silny katar), zmierzył mu puls. Pawełek miał tętno pośrednie między stanem śmierci klinicznej a śpiączki farmakologicznej, czyli raczej dość niskie. I pan mjr P. był zachwycony! Patrzcie, jak panuje! Co za spokój, jakie opanowanie! Wyniki Pawełka i efekty obserwacji zapisano, by udokumentować wspaniałe rezultaty osiągnięte dzięki jodze. Katapultowanie przeżył. Kiedy wisiał już w uprzęży na linach na wysokości kilkunastu metrów, nawet trochę ożył. Nie mógł się tylko nadziwić, skąd on się tam wziął... W oczach nie miał strachu, tylko bezbrzeżne zdumienie... Dlatego warto medytować. Medytacje jeszcze nikomu, jak widać nie zaszkodziły. Zdjęcie ze zbiorów muzeum SP w Dęblinie To moja praca, te teksty, choć równolegle piszę w papierowej. Robię to dla Was. Jak Wam się podoba to proszę o kawki w zamian, przeznaczone dla mego potomstwa. Dziękuję! buycoffee.to/dafiszer
11
24
258
6,198
Poproszono mnie o opisanie kwestii zdrowotnych w lataniu Trochę mi trudno o tym mówić, jako że ja całe życie walczyłem z nadwagą. Zaczęło się od tego, że choć przeszedłem bardzo surowe badania w 6. Szpitalu Wojskowym w Dęblinie (profil lotniczy) to jednak egzamin wstępny z WF do Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej oblałem, mając wynik 2,5 podczas gdy trójkę stawiano od 2,66 w górę (średnia z kilku konkurencji: bieg na 100 m, bieg po kopercie, ćwiczenia na drążku w tym minimum sześć podciągnięć, tzw. brzuszki i pływanie. Dobrze mi poszło pływanie, bo ja nie tonę (teraz po stracie nogi to nie wiem jakby było) i brzuszki. Biegi były moją zmorą, a na drążku podciągnąłem się pięć razy i ni cholery nie dało się więcej. Byłem zrozpaczony, szykowałem się na to, by za rok znów spróbować. Zresztą w kolejnym roku miałem nadzieję na uruchomienie kierunku "latającego" na Politechnice Rzeszowskiej, która była moim pierwszym wyborem, ale która takiego kierunku w 1981 r. nie uruchomiła. Dlatego był Dęblin. Tymczasem czekała mnie mimo wszystko rozmowa kwalifikacyjna. W czasie tej rozmowy patrzą: maksymalna ilość punktów na egzaminie z matmy, maksymalna z angielskiego, wysoko z rosyjskiego, wysoko z fizyki. No i 100 godzin nalatane na szybowcach i 50 godzin na samolotach tłokowych. Całkiem nieźle, jak na 18.5 latka... Komisja podumała, podumała, w końcu podsuwa mi druk z nagłówkami WOSL Dęblin im. Janka Krasickiego. Pisz chłopie: zobowiązuje się do zdania egzaminu wstępnego z WF w ciągu pierwszego semestru. ZOSTAŁEM PRZYJĘTY. Badania, które to poprzedziły były bardzo ciężkie, poza wszelkimi możliwymi specjalistami także komora niskich ciśnień, próba wytrzymałościowa na rowerku, EEG itd. Jak robiono EEG doszło do śmiesznego wydarzenia. Badano też Libijczyka, których szkolono w Dęblinie. Strasznie się tego bał bo wiadomo - jakieś kable na łeb, a jak prąd walnie między uszy?? I przerażony leży u kobiety na kozetce, a pielęgniarka: nie oddychać! W tym momencie weszła jakaś inna pielęgniarka: choć na chwilę! Wyszły obie. Minęło ze trzy minuty, babka wraca, a Libijczyk siny! Dalej nie oddycha biedak, bo się bał, że jak zacznie to go ten prąd rypnie między uszy.... Tego egzaminu wstępnego nigdy nie zdałem. Ale zdałem zwykły egzamin na semestr, co prawda z innymi konkurencjami, bo m.in. słynny wojskowy bieg na 3 km... Ale to inna historia. Do dziś się obawiam, że ktoś wygrzebie moje oświadczenie w papierach i wyśle mi wezwanie na zaległy egzamin.... Na zdjęciu cztery lata później i promocja oficerska. Ostatni z prawej to ja Fot. nieznany To moja praca, te teksty, choć równolegle piszę w papierowej. Robię to dla Was. Jak Wam się podoba to proszę o kawki w zamian, przeznaczone dla mego potomstwa. Dziękuję! buycoffee.to/dafiszer
35
48
689
20,163
Czy Rosji kończy się czas i dlaczego? Zacznijmy od tego, co niby jest najważniejsze, ale nie w Rosji. Gospodarka. W Rosji ma się bardzo źle z kilku powodów. Głównym są sankcje i utrata znacznej części rynków zbytu. Kolejnym są gigantyczne wydatki wojenne. Brak rąk do pracy. Złe zarządzanie (nepotyzm i korupcja, czyli niekompetencja). Spadek przychodów z paliw kopalnych. Gospodarką w Rosji nikt się nie przejmuje. Przekłada się to na spadek poziomu życia, ale ludzi Moskwa ma w dupie. Co im zrobią? Nie wybiorą Putina w kolejnych wyborach? Nieco gorzej jest z oligarchami i kremlowskimi towarzyszami, ale do tego wrócimy. Gospodarka w Rosji nie upadnie z dnia na dzień. Nie jestem ekonomistą tylko (z jednym z wykształceń) politologiem, więc skąd to wiem? Bo obserwowałem te same zjawiska u nas w PRL. I w ZSRR. Te gospodarki w stanie coraz większego rozkładu trwały przez dekady. Kolejny czynnik to brak chętnych na kontrakty wojskowe. Mimo wysokich zachęt finansowych, różnych obietnic, ludzie już wiedzą, że jak trafią na front, to czeka ich cała seria samobójczych "mięsnych szturmów" i przetrwać na froncie jest ciężko. A jak podpadniesz dowódcy, to jego cyngle spuszczą ci wpierdol, przywiążą nago do drzewa, gdzie rozpieprzy cię ukraiński dron, albo zagłodzą cię zamkniętego w piwnicy związanego i leżącego we własnych szczochach i gównie. A jak zmądrzejesz, do do ataku! I ciesz się jak dostaniesz motocykl krosowy, na którym masz większe szanse nie oberwać serią niż biegnąc pod ogniem przez pole minowe. Rekrutacja trwa w więzieniach, na uczelniach, w aresztach śledczych, kontrakt z wojskiem oferują nawet komornicy w zamian za umorzenie. Dla wielu jest to jedyna szansa na wyrwanie się ze słynnej rosyjskiej "głubinki" gdzie nie ma bieżącej wody, trzeba brać ze studni, a sracz jest za domem na dworze. Mimo to ilość miesięcznie podpisywanych kontraktów spadła poniżej 30 tys., a z szeregów ubywa nieco więcej. Straty miesięczne, zabitych i rannych to właśnie ok. 30 000 , przy czym stosunek zabitych do rannych jest obecnie fatalny: pół na pół. Zwykle armie mają 2-4 rannych na jednego zabitego, ale w Rosji MEDEVAC leży jeszcze lepiej niż gospodarka, więc ranni zdychają z wykrwawienia w męczarniach leżąc na przedpolu. Ukraiński dron jest dla nich zbawienną eutanazją. Co prawda rekonwalescenci, jak im nie pourywało kończyn, wracają do szeregu, ale jednocześnie część ubywa, bo kończą im się kontrakty i nie wszyscy są przymuszani do przedłużenia. Nie namawiani ale zmuszani, bo to jest Rosja. Mimo to coraz bardziej brakuje piechoty na rzeź. Przekłada się to też na brak rąk do pracy w gospodarce. Ukraina nie jest celem w samym sobie, jak powiedział gen. płk Andriej Mordwiczew, Ukraina to tylko etap w wojnie z Zachodem. Po Ukrainie cała ta wielka armia zabijaków i morderców musi być pchnięta dalej, nie może wrócić do kraju i zasilić bandyterkę, bo rozpieprzą kraj od środka. Powtórka z lat 40. w ZSRR, kiedy to bandy z bronią grasowały po lasach i wsiach, kiedy gospodarka leżała, i kiedy to władza Stalina zaczęła słabnąć, bo zapanować nad tym bajzlem musiała administracja republik, krajów, obwodów. A ci mieli swoich mocodawców na Kremlu i Stalina zaczęto spychać na bok. Aż w końcu w pewien marcowy dzień 1953 r. leżał w swojej daczy bez pomocy medycznej, a towarzysze patrzyli jak zdycha. Tymczasem Europa się budzi, Europa się zbroi, Europa rozbudowuje swoje wojska, zwłaszcza wschodnia rubież (nie flanka, bo flanka to skrzydło a nie czoło). W dodatku ruchy zmierzające do integracji UE są silniejsze, mimo gwałtownego oporu podsycanego przez rosyjską agenturę wpływu. Rosja nie może do tego dopuścić. Rosja może pokonać Państwa Bałtyckie, może pokonać Polskę, może nawet pokonać Niemcy mając potencjał własny, ukraiński, polski i jeszcze innych zdobyczy, a wszystko to rzucone razem. Ale nie może pokonać KOALICJI państw UE. Ale pojedynczo, to od biedy nawet Niemcy, które mają armię z mniejszą ilością czołgów od polskiej. Co, w Polsce nie znajdą chętnych do marszu na Niemcy? Sami się będą Pszeki pchali, nie trzeba będzie ich siłą gnać do szeregów. Trzeba tylko uważać, żeby się z Chochłami nie potłukli, ale to też dobre, bo jak Chochły będą fikać, to się na nich Pszeków wyśle, i odwrotnie. Nie będą sobie musieli Rosjanie rąk brudzić, załatwią to między sobą. Tak sobie Rosjanie marzą. Tak planują. Czy to jest realne? Obyśmy nie musieli się przekonać. Trzymać się razem w koalicji obrony przez Rosjanami, a nas nie ruszą. Nie odważą się. I jeszcze jak będziemy silni wewnętrznie, nie damy sobie zrobić wody z mózgu wojną informacyjną. W tym momencie prawdopodobieństwo tego że nas napadną oddala się. I to właśnie Rosja uważa za "kończy się jej czas". Oddalająca się perspektywa realizacji długofalowych planów. Władmirowi Putinowi nie grożą ludzie. Oni jeszcze wytrzymają. Ruszą z pięściami i szynami tramwajowymi na funkcjonariuszy policji, FSB, na administrację państwową dopiero wtedy, jak nie będą mieli co żreć. Bo rewolucje nie są o ideologię, są o kiełbasę i chleb. Lud rusza na władze, jak nie ma co do gara włożyć, a nie jak mu się zachce wolności czy demokracji. Dlatego jak w 1975 r. w Polsce wpisano przewodnią rolę PZPR i wieczny sojusz z ZSRR do konstytucji, to pies z kulawą nogą się nie zainteresował. Ludzie mieli to w dupie. Poza garstką studentów idealistów w ogóle nikt nie protestował. Dopiero jak ceny żarcia skoczyły rok później, o to wtedy tak! Słynne "wydarzenia radomskie"... To samo będzie w Rosji. Dopóki jest wódka i zakąska, ludzie zniosą wszystko i na nic nie mają wpływu. Ale towarzysze na Kremlu już nie. Oni nie mogą wyjechać, bo sankcje. Ich jachty wielkości krążowników rakietowych niszczeją gdzieś we Włoszech czy Hiszpanii. Dzieci na studia wysłać też nie za bardzo. Ich dochody idą z dymem w miarę jak rafinerie płoną. A w Rosji jakaś rafineria płonie co drugi dzień. Złowieszcze bzyczenie drona i jeb! A potem słup ognia i dymu widoczny 10 km dalej. I wpisy na Telegramach, że szczątki zestrzelonych dronów... Szczególnie aktywna jest grupa "siłowików": Patruszew, Bortnikow, Miedwiediew, Kadyrow, Surowikin, pierdzący w pasiak Girkin, ten od klubu wkurwionych patriotów. Mają Putina dość. Uważają, że wszystko spierdolił, że tak nic nie osiągnie, że Rosja przez niego stała się pośmiewiskiem świata, zamiast mocarstwa jest memocarstwem. Nie są w stanie tego zdzierżyć, szlag ich trafia. Coraz częściej napuszczają na krytykę milblogerów i wojenkorów, których mają na krótkim pasku. Coraz więcej leje się krytyki i oskarżeń, także wobec samego Putina, coś nie do pomyślenia kilka lat temu. Czy Rosja upadnie, rozlezie się? To raczej nie, choć i to nie jest całkiem wykluczone. Najprędzej poleci sam Władimir Władimirowicz. I zacznie się chaos, walka o władze. To będzie moment, by postawić Rosjanom tamę. Kwestia tego jak chcecie, czy pod Charkowem, Dnipro i Chersoniem, czy pod Olsztynem, Białymstokiem, Lublinem i Rzeszowem. To już jak chcecie, decydujcie. Moje Skierniewice i tak zostaną poza. Oczywiście zawsze może pieprznąć jakiś Shahed. Ale jak koalicja chętnych wprowadzi swoje siły do Ukrainy to Rosja zostanie zatrzymana. Jak zachowamy integralność i jedność. Mimo różnic, niechęci, niesnasek, pretensji. Po prostu skalkulujmy co nam się bardziej opłaca. Jak ludzie wolą ruski mir, no to trudno, demokracja. Najwyżej będą zapierdalać do mięsnych szturmów pod Dreznem, ale może lubią. Ja i tak skończę zakatowany w obozie filtracyjnym, więc co mi tam. Generalnie Ukraina ma szansę doprowadzić do upadku Putina. Jego następca nie będzie lepszy, pewnie gorszy. Ale moment między jednym a drugim to będzie nasz czas. Postawmy barierę. Nie dajmy się ogłupić russkiej agenturze wpływu, a będzie OK. Oczywiście nowa Zimna Wojna, ale do cholery, lepsza chyba zimna niż gorąca, nie? Piszę te teksty poświęcając swój czas by miały coś z tego moje dzieciaki. To jedno ze źródeł dochodów, takie jak pisanie w prasie gdzie jestem dość aktywny, ale wszystko przenosi się do neta, takie czasy. Nigdy nie zarobię nawet 3 % tego co patostreamer katujący psa po pijanemu, ale trudno, jak powiedziałem - takie czasy. Mimo to przypominam się szanownym czytającym, kupcie mi kawkę, a będę pisał na wiadome wam tematy. Lotnictwo, wojna, wspomnienia. Polityki innej niż bezpieczeństwo nie tykam. buycoffee.to/dafiszer
63
149
838
33,698