Wielu osobom wydaje się, że medycyna sprowadza się do „gadek-szmatek” o zdrowotności i pogadanek umoralniających, "że trzeba dbać o zdrowie, schudnąć i rzucić palenie, ograniczyć alkohol itp." - i że wystarczy rozwiązać problem językowy: tłumacz przekaże pacjentowi, co mówi lekarz, lekarz zrozumie pacjenta, więc wszystko będzie działać. To wyjątkowo groźne. biurokratyczne i niebezpieczne uproszczenie.
Lekarz nie pracuje w próżni. Funkcjonuje w zespole, podejmuje decyzje pod presją czasu, wydaje polecenia, konsultuje, reaguje na nagłe zmiany stanu chorego i musi komunikować się sprawnie nie tylko z pacjentem, lecz także z pielęgniarkami, ratownikami, konsultować się z innymi lekarzami i całym systemem ochrony zdrowia, sprawnie odczytać sedno wyników badań, tworzyć użyteczną dokumentację medyczną. Rozmowa z pacjentem ("porada") jest niezbędna, ale stanowi jedynie drobny fragment procesu leczenia.
Oczywiście można brnąć w generowanie fikcji, stworzyć pozory sukcesu, odhaczyć kolejne pozycje w Excelu, przygotować efektowny PowerPoint i ogłosić „likwidację kolejek”. Problem w tym, że organizm pacjenta nie czyta prezentacji. W rzeczywistości po takich „poradach” stan wielu chorych ulegnie pogorszeniu, a część z nich zapłaci za takie niefrasobliwe eksperymenty najwyższą cenę.
Medycyna to nie "leczenie dobrym słowem", nie symultaniczne tłumaczenie pogadanek, lecz odpowiedzialne i sprawne podejmowanie trafnych decyzji klinicznych.
Ostatnio naszła mnie taka rozkminka - jeśli w Polsce lekarze aż tyle zarabiają (nie znam się, ale wydaje się to wyjątkowo dużo), to czemu szpitale nie ściągają ludzi z zagranicy jakiś typków co za średnią krajową będą tłumaczyć medyczną gadkę na polski. Powinno wyjść taniej 🧐