Niesamowite jest to zdumienie patriotów, że polski mężczyzna nieszczególnie chce bronić ojczyzny.
No bo czego ma w zasadzie bronić? Dobytku na kredyt, który bank mu zabierze, jak spóźni się z ratą i który równie dobrze może zostać zniszczony w bombardowaniu? Miejsca pracy, które może wywalić go w trzy miesiące i które należy do kogoś innego? Rodziny, której ze sporym prawdopodobieństwem nie ma (a jak ma, to bezpieczniej jest ją wysłać na Zachód)?
Jakie to oszałamiające perspektywy czekają go, jeśli ojczyznę obroni i przy okazji przeżyje? Układanie sobie życia od zera jeszcze raz? Nowy kredyt na kilkadziesiąt lat? Szukanie sobie pracy w zagranicznej korporacji lub u bogola, który całą wojnę spędził za granicą? Zapewnienie sobie minimum egzystencji na wolnym rynku, ale takim, gdzie wszystkiego brakuje, bo zostało rozwalone w czasie wojny?
To oczywiście przy założeniu, że wojnę skończy w miarę cały. Z wszystkimi kończynami, bez uszkodzonych organów wewnętrznych, bez traum wymagających pomocy psychiatrycznej. Bo jeśli nie, to czeka go życie inwalidy w kraju, który nawet w okresie względnego dobrobytu miał inwalidów w pompie. Trzeba będzie na wszystko sobie zapracować od nowa, ale tym razem bez rąk, bez nóg, oczu, czy kawałka jelit. Świetna perspektywa.
No to może z powinności? Tylko tak się złożyło, że polski facet od dziecka słucha, że nikt mu nic nie jest winny. Nie jest mu nic winne państwo, bo teraz mamy wolny rynek i trzeba na siebie zapracować, a nie liczyć na zasiłek jak jakiś komunistyczny nygus. Nie jest mu nic winien pracodawca, bo to dzięki niemu Polak w ogóle ma pracę, więc morda w kubeł. Nie należy mu się mieszkanie – może wziąć kredyt albo wynająć je od kogoś, kto je kupił w latach 90 za 10% ceny. Nie należy mu się emerytura, jeśli sobie na nią wcześniej nie odłoży i jej nie dożyje (25% mężczyzn nie dostanie nic). W sumie nie należy mu się nawet szacunek, bo nic nie robi, tylko mniejszości uciska swoim przywilejem.
Społeczeństwo nam się starzeje; kobiety mówią wprost, że dzieci rodzić nie będą – bo nie ma na to warunków, a od związku z facetem lepszy niedźwiedź. No dobra, ich ciało, ich sprawa. Jakoś nie widzę patriotycznej lewicy tłumaczącej im, że rodzić jest ich świętym obowiązkiem wobec ojczyzny, cytującej Broniewskiego, czy wprost grożącej więzieniem. Kobiecie wolno nie chcieć rujnować sobie zdrowia i kariery, a potem i tak odebrać nagrodę w postaci wcześniejszej emerytury. No ale przykro mi bardzo – w takim wypadku facetowi wolno nie chcieć ryzykować na wojnie śmiercią lub kalectwem.
Nie da się przez dwadzieścia kilka lat podcierać dupy kontraktem społecznym, a potem go egzekwować. Chcecie chętnych do armii – zaproponujcie, jak napisać ten kontrakt społeczny od nowa tak, żeby komukolwiek się służba wojskowa opłacała. Ale oszczędźcie może sobie patetycznych przemówień, cytowania poetów, pełnych wyrzutu odezw i wyzywania od impotentów; mało kogo połajanki i apele zachęca do zjedzenia obiadu na obsranym przez ptaki stole.