Wyobraźmy sobie zwykły dzień, gdy dzwonimy po pomoc, bo starsza mama przestała radzić sobie sama w domu. Szukamy terapii dla dziecka. Potrzebujemy asystenta dla osoby z niepełnosprawnością. Ktoś z rodziny wychodzi z kryzysu bezdomności i potrzebuje wsparcia, żeby utrzymać mieszkanie. Sąsiadka po przemocy musi szybko znaleźć bezpieczne miejsce.
W takim momencie naprawdę nie pytamy, czy pomaga urząd, fundacja, stowarzyszenie czy spółdzielnia socjalna. Myślimy raczej,czy ktoś odbierze telefon? Czy będzie miejsce? Czy będzie pracownik? Czy pomoc nie skończy się za trzy tygodnie, bo skończył się projekt?
I właśnie dlatego przepisy dla organizacji pozarządowych są sprawą nas wszystkich - bo duża część usług społecznych w Polsce nie jest wykonywana bezpośrednio przez urzędy, tylko Państwo i samorządy zlecają je organizacjom: fundacjom, stowarzyszeniom, podmiotom ekonomii społecznej. To one prowadzą świetlice, mieszkania wspomagane, poradnictwo, opiekę, asystencję, wsparcie kryzysowe, jadłodajnie, noclegownie, pracę środowiskową.
Czyli bardzo często to one są tym miejscem, do którego trafiamy, kiedy życie się komplikuje.
Problem polega na tym, że dziś w pracach nad nowelizacją ustawy o działalności pożytku publicznego kluczowe zmiany oczekiwane przez sektor ngo, jak prostsze rozliczanie dotacji, uznanie realnych kosztów administracyjnych, waloryzacja umów i większa elastyczność działania nie znajdują akceptacji Ministerstwa Finansów.
Brzmi technicznie? To przełóżmy to na życie. Jeśli organizacja ma prowadzić opiekę domową, to nie wystarczy zapłacić tylko za godzinę pracy opiekunki. Ktoś przecież musi odebrać telefon od rodziny. Ułożyć grafik. Zatrudnić ludzi. Przeszkolić. Zapewnić zastępstwo, gdy ktoś zachoruje. Zapłacić księgowości. Utrzymać lokal. Dojechać do człowieka. Sprawdzić jakość usługi. Rozliczyć środki publiczne. Zareagować, gdy sytuacja w rodzinie nagle się pogorszy.
To nie są po prostu koszty biurokracji,lecz zaplecze, bez którego pomoc się rozsypuje. Jeśli państwo zamawia usługę społeczną, ale udaje, że tego zaplecza nie ma, to wcale nie obniża kosztów...obniża jakość i bezpieczeństwo.
Efekt? Organizacje łatają budżety. Pracownicy odchodzą. Usługi działają od konkursu do konkursu. Człowiek raz dostaje pomoc, a za chwilę słyszy, że program się skończył. Rodzina musi opowiadać swoją historię od początku kolejnym instytucjom. Senior czeka. Dziecko czeka. Osoba w kryzysie czeka...A kryzysy społeczne nie czekają na nowy nabór w konkursie.
Dlatego to naprawdę nie jest spór o wygodę NGOsów. Czekamy, az państwo wreszcie zrozumie, że dobra pomoc nie bierze się z samego serca i zaangażowania. Potrzebuje ludzi, czasu, stabilnych umów, zaplecza i zaufania.
Przecież gdy ten system działa źle, nie cierpią po prostu organizacje- cierpią nasi rodzice, dzieci, sąsiedzi i my sami, kiedy przyjdzie moment, że będziemy potrzebować wsparcia...a prędzej czy później każdy będzie miał taki moment.
@PorowskaAdriana @Domanski_Andrz @michalbraun @ngopl @RSzarfenberg @EAPNPoland @Monika24186103 @katarynaaa