Długo biłem się z myślami, czy dzielić się z Wami dzisiejszym skandalem gastronomicznym.
Sprawa dotyczy podmiotu tutaj powszechnie lubianego, a właściciela osobiście szanuję.
Uznałem jednak, że w zgodzie z własnym sumieniem muszę o tym napisać.
Kończyliśmy ze szwagrem fuchę w Poznaniu. On zaparkował pod jedną z galerii handlowych, żeby coś kupić, a ja ruszyłem w poszukiwaniu okazji.
Nagle mój wzrok przykuł szyld, który od razu skojarzyłem z internetu: Kim Chi Ken.
No tak, to przecież biznes mojego sieciowego znajomego.
Natychmiast przekalkulowałem sytuację. Uznałem, że to doskonała okazja operacyjna, żeby przetestować produkt, a przy okazji zoptymalizować koszty dzisiejszego wyżywienia do idealnego zera.
W końcu relacje w biznesie powinny przynosić wymierne korzyści. Takiemu influencerowi na pewno nie odmówią.
Podchodzę do kasy i na samym wstępie, badając grunt, informuję obsługę:
- Dzień dobry, ja znam właściciela.
Bardzo miła pani za ladą ze zrozumieniem kiwnęła głową.
Ucieszyłem się, że weryfikacja bazy danych poszła tak sprawnie i system od razu przyznał mi status VIP.
Bez zbędnej skromności złożyłem potężne zamówienie: solidna porcja dla mnie na miejscu, a do tego gigantyczny pakiet dla całej rodziny na wynos, żeby zabezpieczyć lodówkę w domu na najbliższe dni.
Pani po kilkunastu minutach wydała posiłki, nie upominając się o żadne transakcje bezgotówkowe.
Jedzenie? Absolutna petarda.
Koreański kurczak wjechał idealnie, smaki zbalansowane perfekcyjnie. Siedząc przy stoliku, pomyślałem nawet, że chętnie wysłałbym tu żonę na trzymiesięczne, bezpłatne praktyki, żeby w końcu nauczyła się gotować.
Najgorsze wydarzyło się jednak, gdy spakowałem zapasy i zbierałem się do wyjścia.
Ta sama pani zza lady rzuciła z uśmiechem:
- Proszę pana, przy tym całym zamieszaniu z pakowaniem zapomniałam przyjąć od pana płatności. Karta, czy gotówka?
Uniosłem jedną brew do góry w głębokim zdumieniu.
- Przepraszam, ale przecież wyraźnie zaznaczyłem na wstępie, że znam właściciela.
- Ja też go znam – odpowiedziała bez mrugnięcia okiem. – Ale to nic nie zmienia. Musi pan zapłacić.
Bezczelność.
Nie chciałem wyciągać ciężkich dział, ale sytuacja mnie do tego zmusiła. Odpaliłem telefon i zacząłem pokazywać moje profile na social mediach.
Twitter - 36 tysięcy obserwujących. Facebook - 42 tysiące. Instagram - 5400 prenumeratorów mojego mindsetu.
Ona spojrzała na ekran, wzruszyła ramionami i skwitowała:
- Mnie to nie interesuje, ja oglądam tylko TikToka. Proszę płacić.
Wokół stolika zaczęli już krążyć panowie z ochrony. Przełknąłem nerwowo ślinę, ale trzymałem fason.
- Czy jest pani absolutnie pewna wizerunkowych konsekwencji tego czynu? - zapytałem. - Właśnie piszę do właściciela na Twitterze.
Wysłałem wiadomość prywatną. Brak odpowiedzi.
Poprosiłem kasjerkę, żeby natychmiast wykonała do niego bezpośrednie połączenie telefoniczne.
- Skoro pan go tak dobrze zna, to czemu pan sam do niego nie zadzwoni? – zapytała złośliwie, ale wykonała połączenie.
W końcu, po piętnastu minutach ciężkich negocjacji w przejściu, udało się go złapać na telefonie.
Przejąłem słuchawkę i po kolejnym kwadransie mojego chłodnego, analitycznego tłumaczenia, jak ważna jest ta darmowa kooperacja, usłyszałem w głośniku jego zmęczony głos skierowany do obsługi: „Dobra, dajcie mu już to jedzenie na mój koszt, bo robi niepotrzebny szum przed lokalem i odstrasza mi płacących klientów”.
Uśmiechnąłem się szeroko, zasalutowałem ochronie, odebrałem moje darmowe pakiety żywnościowe dla rodziny, grzecznie podziękowałem i wyszedłem z galerii jak król arbitrażu.
Życie internetowego twórcy bywa potwornie ciężkie i wymaga twardych umiejętności negocjacyjnych w terenie.
Ale ostatecznie? Bilans zysków i strat znowu na potężnym plusie, a domowy budżet odciążony do granic możliwości.
#FIRE