PrzewodzikArtystyczny
PrzewodzikKsiążkowy (wypisy)
Może ktoś pomoże odpowiedzieć na pytanie p. Aleksandry - ja nie wiem ile autoportretów namalował Jacek Malczewski, ale nie wiedzą też tego chyba autorki książki, z której zaczerpnąłem taki oto fragment:
„Fecit Hyiacentus Malczewski”
Tak trzynastoletni Jacek Malczewski podpisał w 1867 roku pracę, a dokładnie rysunek przedstawiający podziemnego przewoźnika zmarłych dusz – Charona.
Hyacinthus, łacińska forma imienia Jacek, przeciętnemu zjadaczowi chleba kojarzy się głównie z kwitnącym na wiosnę kwiatem o dość intensywnym zapachu.
Samemu artyście jego imię również, przynajmniej raz, skojarzyło się z kwiatem tak mocno, że postanowił uwiecznić siebie w Autoportrecie z hiacyntem w 1902 roku (dziś w zbiorach poznańskiego Muzeum Narodowego), ilustrując dosłownie etymologię swojego imienia.
Przynajmniej od czasów nowożytnych autoportret miał za zadanie przede wszystkim ukazać fizjonomię twórcy, ocalić jego wizerunek od zapomnienia, a z czasem pomóc w kształtowaniu szeroko rozumianego image’u. Rozmaitość wizerunków własnych, ich charakter, nastrój, przyjęta konwencja stanowią niejako formę komunikacji z odbiorcą.
Nie inaczej było u Jacka, który stworzył ogromną, w stosunku do całości dorobku twórczego, liczbę autoportretów, co sprawia, że warto przyjrzeć im się nieco wnikliwiej, bowiem wizerunek własny przez lata pomagał mu określić jego stosunek do świata zewnętrznego.
Każdy wielbiciel malarstwa Jacka Malczewskiego doskonale zna jego wygląd z obrazów. Wyróżnia go łysa czaszka i hiszpańska bródka z wąsem, a także potężna, monumentalnie ujęta postać. Co ciekawe, przez lat kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt, twarz artysty nie ulega właściwie żadnym zmianom, nie licząc może wąsów, które w zależności od kaprysu czy fantazji właściciela zaczesywane były w dół bądź trefione ku górze.
Podobnie jest z pozą malarza, która również przez lata pozostaje niemal bez zmian, czyli dumna, wyprostowana sylwetka, często z prawą ręką opartą na biodrze bądź zaczepioną o kieszeń kamizelki. Malczewski najczęściej portretuje się w ujęciu en face (na wprost) lub en trois quarts (w trzech czwartych), bardzo rzadko wybierając ujęcie z profilu.
Zapytasz, czytelniku, a co się zmienia? Wszystko to, co na siebie zakłada, i otoczenie, w którym się portretuje.
W przypadku strojów mamy do czynienia z rodzajem przebrania, które dość jednoznacznie wskazuje na rolę odgrywaną przez artystę w obrazie. Raz jest to, zgodnie ze stanem rzeczywistym, fartuch bądź bluza malarza, drugi raz będzie to rycerska zbroja, a w dalszej kolejności damska, aksamitna bluzka czy koszula z bufiastymi rękawami.
Ubraniom dzielnie sekundują wielorakie nakrycia głowy, począwszy od tych najzwyklejszych, jak czarny kapelusz, poprzez „renesansowe” czapeczki szyte na miarę przez starszą siostrę, aż po obręcz tortownicy (!) czy w końcu długowłose peruki, które przykrywają łysą czaszkę portrecisty. Mnogość możliwych rozwiązań ogranicza jedynie wyobraźnia mistrza, która jak wiemy, była nieograniczona!
Wśród przedmiotów, jakimi otacza się artysta na obrazach, odnajdziemy tak różne rekwizyty, jak: pisanka, lutnia, gęśliki (góralskie skrzypce), klepsydra, szklanka z wodą czy chyba najczęściej umieszczana w jego rękach: paleta malarska z pędzlami. Wydaje się, że instrumenty muzyczne i rośliny były ulubionymi przez malarza nośnikami symbolicznych treści, i to często one stanowią clou portretu, wskazując możliwe interpretacje symbolicznych zagadek. Pamiętajmy, że u Malczewskiego każdy szczegół może mieć tzw. drugie dno.
Charakterystyczna bezczasowość, cechująca wygląd artysty, trwała od końca XIX aż po pierwsze lata trzeciej dekady XX wieku. W tym czasie Malczewski namalował kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset, własnych podobizn, które wpisały się na stałe do kanonu polskiego malarstwa, a są to między innymi: Autoportret na tle Wisły z 1901 roku (wł. Muzeum Narodowego w Krakowie), Na jednej strunie z 1908 roku (wł. Muzeum Narodowego w Warszawie), Autoportret w białym stroju z 1914 roku (wł. Muzeum Narodowego w Krakowie), Autoportret z zamkiem w tle z 1921 roku (wł. prywatna).
Malczewski odgrywał również role postaci wywodzących się z różnych kręgów kulturowych: Hektora, Świętego Franciszka, a nawet Chrystusa. Kryptoautoportrety pozwalały artyście wcielić się w postać historyczną, mitologiczną czy religijną i odegrać na swoich warunkach scenę z ich życia, przefiltrowaną przez wrażliwość i osobowość malarza.
Przyjrzyjmy się jeszcze wnikliwie kilku podobiznom własnym Jacka Malczewskiego, które wyróżniają się powiązaną z nimi anegdotą lub rozwiązaniem formalnym.
Autoportret z paletą z 1892 roku (wł. Muzeum Narodowego w Warszawie) to praca, która nietypowo powstała na zamówienie hrabiego Ignacego Korwin-Milewskiego. Arystokrata był znanym w środowisku, bogatym mecenasem artystów wywodzących się ze szkoły monachijskiej.
Malczewski, podobnie jak inni twórcy, dostał od hrabiego zlecenie na swój portret, z jasno określonymi zasadami, według których powinien się namalować, czyli w pozycji stojącej, w ujęciu od kolan (poza nestorem polskiego malarstwa historycznego – Janem Matejką, który ze względu na wiek sportretował się w pozycji siedzącej), z pędzlem i paletą w ręku, na neutralnym tle, a przy tym wszystkim patrzącego wprost na widza. Jest to, zdaje się, jedyny autoportret artysty będący przykładem malarstwa salonowego, który cechuje akademicka neutralność.
Autoportret w jakuckiej czapce z 1907 roku (wł. Fundacji Raczyńskich przy Muzeum Narodowym w Poznaniu) ukazuje popiersie artysty na tle syberyjskiej, zimowej równiny. Nakrycie głowy jest odniesieniem do wieloletnich inspiracji malarza treścią Anhellego Juliusza Słowackiego. Natomiast wyjątkowo realistyczne odwzorowanie rysów twarzy – charakterystycznej opadającej powieki – to wyraz odwagi, odstępstwo od idealizującej autokreacji wizerunku artysty niezłomnego, który odsłania przed widzem prawdziwą twarz w chwili słabości.
Opadająca powieka to najprawdopodobniej jeden ze skutków przebytej przez artystę choroby wenerycznej, która była odpowiedzialna za wieloletnie problemy ze zdrowiem. Nieco więcej o tej tajemniczej dolegliwości możemy się dowiedzieć z listu Wojciecha Kossaka do Karola Lanckorońskiego, który pisał:
„Co mu jest? Obawiam się że to coś na podkładzie tej strasznej choroby którą on biedactwo za młodych lat przechodził. Notabene będąc najskromniejszym i najmniej do kobiet tego gatunku się garnącym z nas wszystkich. Wygląda jak z trumny wyjęty, osłabiony i śpiący cały dzień, mówił mi, że ledwie wstanie z łóżka już mu się spać chce znowu, nic prawie nie je, ciągle ma dreszcze, więc naturalnie i gorączkę. Doktorzy kazali mu zaraz wyjeżdżać i zaprzestać wszelkiej pracy”.
Stosunkowo enigmatyczna treść listu Kossaka uświadamia, jak wstydliwym tematem były choroby weneryczne i następujące po nich zdrowotne komplikacje. Według Doroty Kudelskiej, bolesne skutki choroby dawały się artyście we znaki już w latach dziewięćdziesiątych XIX stulecia, i dlatego w celach leczniczych udawał się do Trenczyna. Niestety, niewiele więcej wiadomo o tej „chorobie cywilizacyjnej”, która dotknęła Jacka Malczewskiego, poza tym, że zaraził się nią jeszcze przed ślubem”.
Magdalena Nosowska & Paulina Szymalak-Bugajska „Klan Malczewskich”, Warszawa 2022
Jacek Malczewski to był dopiero autoportreciarz. Namalował ponad 100 autoportretów.
(Wiadomo, ile dokładnie?
@tomekratajczak @Przewodzik)
Muzeum Narodowe w Poznaniu