Mili Państwo, pan profesor Czarnek mówi, że nie ma co liczyć na reformę ETS, bo on to wyprowadzi Polskę z ETS i inne państwa Unii pójdą za nim, a w ogóle Bruksela to „lewackie dziady”.
Kochani, pochylmy się nad argumentacją pana profesora.
Po pierwsze, pan profesor Czarnek twierdzi, że może zwolnić polskie spółki z wykupu uprawnień ETS ustawą. Nie może tego zrobić, bo jest to sprzeczne z dyrektywą, która z kolei jest prawem unijnym, który Polska ma obowiązek implementować do swojego porządku prawnego. Jeśli Polska tego nie zrobi, to Komisja Europejska nałoży na nas karę. Wynosi ona 100 euro za każde nieumorzone uprawnienie koszt tego nieumorzonego uprawnienia. Tak więc nie opłaca się to.
Po drugie, pan profesor Czarnek może nawiązywać tym pomysłem do włoskiego rozwiązania polegającego na rekompensowaniu niektórym podmiotom kosztów zakupu uprawnień ETS. Ale to nie jest zwolnienie z ETS. To jest po prostu przekładanie pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej.
Po trzecie, pan profesor Czarnek powołuje się na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, które ma podważać legalność przyjęcia dyrektywy ETS. Takie orzeczenie faktycznie istnieje. Tylko, że ono nic nie zmienia w kwestii naszych obowiązków co do dyrektywy ETS, nie nadaje też ono żadnych dodatkowych uprawnień polskiej władzy wykonawczej w sprawie wycofywania się z ETS. Orzeczenie to można sprowadzić do stwierdzenia: TK uznaje, że dyrektywa ETS została przyjęta w niewłaściwym trybie, ale to władza wykonawcza ma coś z tym zrobić. A możliwości są takie same jak zawsze: stosować się do dyrektywy ETS, zmienić dyrektywę ETS za pomocą procedur legislacyjnych UE lub wyjść z UE.
Po czwarte, pan profesor Czarnek dokonuje zwykłej kapitulacji intelektualnej całkowicie ignorując temat przygotowywanej właśnie reformy ETS. To jest największa - jak dotychczas - szansa dla Polski w kwestii zmian w systemie handlu emisjami. Olanie tematu i sprowadzenie go do kwestii „lewackich dziadów z Brukseli” pokazuje brak jakiejkolwiek strategii do gry na poziomie unijnym, która wymaga czegoś więcej niż hasła „wyjdziemy z ETS”.
Po piąte, strategia polegająca na tym, że Polska „wyjdzie z ETS”, a potem dołączą do niej inne państwa UE to nie jest strategia, tylko bajka. Poważne kraje próbują ugrać ile się da właśnie w ramach reformy, a nie jakiegoś rokoszu, który zresztą jest fantazją, a nie realnym odczytem politycznych zamiarów państw członkowskich. W 2022 roku Polska chciała zawieszenia ETS - nikt nas nie chciał poprzeć. Przy okazji obecnej reformy ETS Warszawa też postulowała zawieszenie systemu - ponownie, nie było na to politycznych szans. To teraz mamy wierzyć, że nagle znajdzie się grupa krajów ryzykujących konflikt z Komisją w nadziei, że ta się… przestraszy i w jakiś sposób zrezygnuje z ETS? Ponownie: to bajka, nie strategia. Co więcej, nie wiem czy pan profesor zdaje sobie sprawę, jak groźnym precedensem tu ryzykuje. Załóżmy, że - z jakiegoś powodu - ta strategia się udaje, Polska przestaje respektować prawo UE, dołączają do niej inne kraje członkowskie i tak dyrektywa ETS staje się martwa. Idźmy dalej w ten scenariusz: powiedzmy, że na podobny pomysł wpadają Niemcy i przestają respektować unijne regulacje ograniczające zakupy surowców z Rosji. Albo, że Francuzi przestają przestrzegać unijnego prawa konkurencji i dotują hojnie swoje spółki. Albo, że Włosi przestają uznawać swobodę przepływu towarów i blokują wjazd polskiemu eksportowi. I co, fajnie by było?
Naprawdę, nie róbmy z siebie warchoła, bo już raz na takiej postawie straciliśmy państwo.