Kącik Tolkienowski część VIII:
"Drugi Smutek Túrina"*
*W oryginalnym tekście Narn I Hîn Húrin pada zdanie: „This was the second sorrow of Turin."
Do tego przesłania (Facebook przypomniał mi podobny wątek poruszony kiedyś przez angielskich fanów Tolkiena) chciałbym nawiązać w tej części Kącika.
To będzie długie rozmyślanie, nad którym spędziłem kilkanaście godzin, aby się do niego przygotować.
Proszę o wybaczenie, jeśli popełniłem gdzieś narracyjny błąd być może myląc fakty lub postaci.
Niejednokrotnie zadawałem (i nadal to czynię) sobie pytanie: "Czy Túrin Turambar jest odpowiednikiem Hioba w świecie Tolkiena?"
Według mnie tylko częściowo. Obaj tracą niemal wszystko i doświadczają niewyobrażalnego cierpienia. Jednak Hiob pozostaje niewinnym człowiekiem wystawionym na próbę, podczas gdy Túrin jest bohaterem tragicznym, którego zgubę przynoszą zarówno klątwa Morgotha, jak i własne decyzje.
Bliżej mu chyba do Edypa niż do Hioba. Tolkien stworzył nie tyle biblijną przypowieść o wierze, co klasyczną tragedię o losie, dumie i nieuchronnym przeznaczeniu.
Warto zaznaczyć, że Profesor był przede wszystkim filologiem i mediewistą, ale głęboko znał też tradycję grecką i co ciekawe numerował smutki Túrina jak kolejne etapy rozpadu.
W tragedii greckiej los bohatera jest znany z góry — widzowie wiedzieli, jak skończy Edyp, zanim spektakl się zaczął. Napięcie nie płynęło z pytania co się stanie, lecz z patrzenia jak to się stanie i dlaczego bohater tego nie dostrzega.
Tolkien stosuje ten sam mechanizm przez numerowanie smutków. Mówiąc/pisząc np. „to był drugi smutek", komunikuje czytelnikowi: jest ich więcej. Wiem ile. Ty też będziesz wiedział, gdy nadejdą.
Pierwszy — odejście Húrina na wojnę, z której nie wrócił. Dziecko traci ojca.
Drugi — odmowa Morwen. Dziecko traci nadzieję na matkę.
Trzecie i kolejne smutki nie noszą już numerów — jakby od pewnego momentu Tolkien uznał, że zliczanie przestaje mieć sens. Ból staje się ciągły, nie epizodyczny. Śmierć Belega Cúthaliona, najlepszego przyjaciela Túrina, zabitego przez niego własną ręką w obłędzie. Upadek Nargothrondu. Śmierć Finduilasa. Nienor. Miecz Gurthang.
Numerowanie milknie, gdy tragedia przestaje być serią ran, a staje się samą naturą istnienia bohatera.
Jest jeszcze jeden wymiar. Morgoth, przeklinając Húrina, powiedział wprost: "widzę twój ród i jego koniec."
Przekleństwo nie było tylko magią — było wiedzą. Morgoth znał fabułę.
Tolkien, pisząc „to był drugi smutek", na chwilę zajmuje pozycję Morgotha — narratora, który wie, ile bólu jeszcze przyjdzie. To subtelne i nieco mroczne: autor jako ciemna opatrzność, która numeruje cierpienia swojego stworzenia.
Ale Tolkien był człowiekiem głębokiej wiary i w jego mitologii zawsze istnieje Ilúvatar ponad Morgothem — muzyka ponad kakofonią.
Túrin przegrywa w czasie. Ale w Silmarillionie pada obietnica, że w Dagor Dagorath, ostatniej bitwie, Túrin jako pierwszy uderzy w Morgotha i go zabije.
Smutki były policzone. Ale nie były ostatnim słowem.
Ale po kolei zaczynając od Ojca Turina:
Przekleństwo Morgotha.
Húrin, władca ludzi z Domu Hadora, był jednym z największych bohaterów Pierwszej Ery Śródziemia. Podczas Nirnaeth Arnoediad — Bitwy Niezliczonych Łez — wraz ze swymi wojownikami osłaniał odwrót wojsk Turgona. Walczył do końca, a legenda głosi, że powalił siedemdziesięciu wrogów, zanim został pojmany.
Morgoth próbował wydobyć od niego tajemnice elfów i położenie Gondolinu. Húrin nie ugiął się. W odpowiedzi Czarny Władca przykuł go do siedzenia na szczycie Thangorodrimu i rzucił klątwę na cały jego ród.
Przez długie lata Húrin był zmuszony patrzeć na losy swojej rodziny. Widział tragedie, które dotknęły jego żonę Morwenę, syna Túrina i córkę Niënor. Mógł obserwować wszystko, lecz nie mógł niczego zmienić. To właśnie historia Húrina i jego dzieci stała się jedną z najtragiczniejszych opowieści całego legendarium Tolkiena.
Kilka słów o żonie Hurina:
Morwen Eledhwen, żona Húrina, słynęła nie tylko z niezwykłej urody, lecz także z niezłomnej dumy. Po klęsce Nirnaeth Arnoediad jej mąż trafił do niewoli Morgotha, a Dor-lómin znalazło się pod władzą Easterlingów.
Melian i Thingol zaoferowali jej schronienie w Doriath. Morwen zgodziła się wysłać tam swojego syna Túrina, sama jednak pozostała w ojczyźnie. Nie chciała porzucić ziemi swojego rodu ani żyć na łasce innych, nawet tak potężnych i życzliwych władców jak król i królowa Doriathu.
Tolkien nie potępia jej wprost. Przedstawia ją jako kobietę wielkiej siły charakteru, ale także dumy, która nieraz utrudniała jej przyjęcie pomocy. Czytelnik sam ocenia, czy była to godność godna podziwu, czy pycha, która przyczyniła się do tragedii jej rodziny.
Natomiast Túrin był wówczas jeszcze dzieckiem. Stracił ojca na wojnie i dorastał w świecie, w którym brakowało mu odpowiedzi, a przede wszystkim — rodziny.
W tym czasie do Dor-lóminu przybyli wysłannicy Melian z Doriathu. Przynieśli wieści od Morwen i propozycję, by ona sama wraz z synem udała się pod opiekę Thingola i Melian. Ostatecznie Túrin został wysłany do Doriathu, gdzie miał być bezpieczny.
Morwen pozostała w swojej ojczyźnie.
Tolkien nie opisuje wprost emocji dziecka w tej chwili ani jego reakcji na decyzję matki. Ale cała późniejsza historia Túrina sprawia, że można odczytać tę scenę jako początek jego życia naznaczonego stratą, tęsknotą i brakiem pewności, co do miłości i bezpieczeństwa, które powinny być oczywiste dla dziecka.
Dlaczego to jest „drugi" smutek o którym pisałem powyżej?
Tolkien liczył smutki Túrina jak kolejne rany. Powtórzę tylko (bo nie chciałbym przytaczać tutaj całej historii Turina - może założę, kiedyś jakiś podcast na ten temat, ale nie mam obecnie pomysłu).
Pierwszy był odejście samego ojca — Húrina zabranego przez wojnę, zanim chłopiec zdołał go poznać naprawdę. Drugi — właśnie ten — to odmowa Morwen: matka, która żyje, która mogłaby przyjechać, która wybrała nie przyjeżdżać. Dla dziecka granica między niemożnością a niechęcią jest niewidzialna. Túrin wie tylko, że wracali sami.
Kolejne smutki będą coraz cięższe. Túrin dorośnie i stanie się jednym z największych wojowników swej epoki — ale przekleństwo Morgotha nie odpuści. Wszystko, co pokocha, zniszczy. Każda przyjaźń obróci się w zdradę albo śmierć. Na końcu tej drogi — po zamordowaniu przyjaciela, po nieświadomej miłości do własnej siostry Niënor, po jej śmierci — Túrin rzuci się na własny miecz.
Ale na początku był chłopiec w lesie. Płaczący, bo matka nie przyjechała.
Tolkien jest mistrzem tragedii właśnie dlatego, że rozumie, jak wielkie zniszczenie zaczyna się od rzeczy małych i cichych — od dumy kobiety, od nadziei dziecka, od powracających posłańców bez odpowiedzi.
To będzie długie rozmyślanie, do którego przygotowywałem się przez kilkanaście godzin. Proszę o wyrozumiałość, jeśli gdzieś popełniłem błąd narracyjny, być może myląc fakty lub postacie.