Najwięcej nietolerancji, agresji i prób publicznego wykluczenia doświadczyłem w Polsce nie ze strony ludzi, których orientacja seksualna jest inna niż moja. Przeciwnie – wielu z nich spotkałem życzliwych, odważnych i uczciwych.
Najczęściej spotykałem się z tym ze strony ludzi, którzy uznali, że mają moralny obowiązek mówić w imieniu innych. Ludzi przekonanych, że wolność słowa jest wartością fundamentalną – pod warunkiem, że prowadzi do jedynie słusznych wniosków.
Nie mam wpływu na to, jakie były moje doświadczenia. Mam natomiast obowiązek mówić o nich uczciwie.
W pewnym momencie zrozumiałem, że nie chcę żyć w świecie pozorów. W świecie, w którym różnorodność kończy się tam, gdzie zaczyna się różnica zdań. W świecie, w którym tolerancja oznacza zgodę, a nie zdolność do współistnienia.
Być może największym paradoksem naszych czasów jest to, że ludzie walczący o prawo do bycia sobą, czasem odmawiają tego prawa innym.
A wolność słowa poznaje się nie po tym, jak traktujemy poglądy, które lubimy.
Tylko po tym, jak traktujemy te, z którymi się nie zgadzamy.