Tyle że to jest jakieś fundamentalnie nieuczciwe postawienie sprawy.
Nie znam ani jednej poważnej osoby, która chciałaby większych nierówności dla samych nierówności. Za to jest całkiem sporo ekonomistów, filozofów i socjologów, którzy twierdzą, że:
1. nierówności same w sobie nie są problemem. Albo przynajmniej nie są problemem tak dużym, jak przedstawiają to ich przeciwnicy;
2. pewien poziom nierówności jest mniej lub bardziej nieuniknioną konsekwencją wolności, wrodzonych różnic między ludźmi, przedsiębiorczości, oszczędzania czy nawet szczęścia i przypadku;
3. próby ich ograniczania mogą być bardziej kosztowne niż sam „problem”, który mają ograniczać / rozwiązać;
4. ich źródło leży często w przywilejach publicznych, monopolach ustawowych i rencie politycznej…;
5. …a one same stają się problemem głównie wtedy gdy państwo daje możliwość zamiany nieproporcjonalnie dużego dochodu czy majątku na polityczne przywileje;
6. ich istnienie pełni funkcję ważnego bodźca: zachęty i motywatora do innowacji, oszczędzania czy podejmowania ryzyka;
7. a czasem (często) cała debata o nich służy po prostu za wygodny nośnik dla znacznie szerszego, radykalnego programu politycznego - czego dobrym przykładem są np. propozycje Piketty’ego czy Zucmana.
Nie ma sporu o to czy chcemy więcej czy mniej nierówności - to jest karykatura pozycji osób nie będących radykalnymi zwolennikami ich zwalczania za wszelką cenę.
Za to mamy realny spór dotyczący tego jakie są ich źródła, czy są w ogóle problemem, *jakim* są problemem (bardziej ekonomicznym czy politycznym), jaka jest jego skala i jakie koszty mamy wszyscy ponieść żeby je ograniczać.
Zabawne jest rozmawianie o rozwiązaniach na problem rosnących nierówność społecznych ze zwolennikami zwiększania tych nierówności.