Dlatego ślub tylko cywilny albo humanistyczny. Ez.
Sezon ślubny, czyli coroczny festiwal hipokryzji, konsumpcjonizmu i teatru jednej aktorki.
Przez kilka lat wspólne mieszkanie, seks przed ślubem, Kościół widziany ostatnio przy bierzmowaniu, a potem nagle odkrycie w sobie wielkiej katolickiej tradycji.
Biała suknia, która w tradycyjnej symbolice oznaczała czystość.
Trzymetrowy welon katedralny.
Ślub w zabytkowym kościele.
Zdjęcia przy ołtarzu.
Wzruszające cytaty o Bogu i miłości.
Wszystko pięknie - tylko często więcej w tym estetyki niż wiary.
Do tego druhny skopiowane z amerykańskich filmów, pałac albo stodoła "premium", fontanna z prosecco, ścianka do zdjęć, pokaz fajerwerków i wesele za kwotę, za którą można byłoby urządzić mieszkanie.
Bo panna młoda przez pięć lat oglądała Instagram i Pinterest, więc teraz musi odegrać własną wersję królewskiego ślubu.
A pan młody?
Ma założyć garnitur, uśmiechać się, nie zadawać pytań, płacić i powtarzać, że "najważniejsze, żeby ona była szczęśliwa".
Nieważne, że to także jego ślub.
Nieważne, że pieniądze są wspólne.
Nieważne, że połowy atrakcji nawet nie chciał.
Dzisiejszy ślub coraz rzadziej jest początkiem małżeństwa, a coraz częściej finałem wieloletniej produkcji pod tytułem "mój idealny dzień".
W centrum nie stoi już sakrament, przysięga i zobowiązanie na całe życie.
W centrum stoi panna młoda, jej suknia, jej welon, jej wizja, jej zdjęcia i jej marzenie z Instagrama.
A dzień później dekoracje znikają, rolka trafia do sieci i zaczyna się prawdziwe życie, do którego nie da się wynająć wedding plannera.
Ślub nie powinien być przedstawieniem jednej osoby.
Powinien być początkiem wspólnego życia dwojga ludzi - przed Bogiem, rodziną i własnym sumieniem.