Sytuacja z kontrolerką skarbową pokazuje jedną rzecz bardzo wyraźnie: Polacy lubią śmiać się z tego, że „państwo nie działa”, ale jednocześnie mamy narodowy fetysz obchodzenia prawa.
Ta sama zasada co z cwaniactwem drogowym - służby mają w dupie nielegalne parkowanie czy jeżdżenie po chodnikach, a najwyższy wymiar kary to pouczenie.
No to znajdzie się grupa ludzi, która wysra się na normy społeczne i będzie cwaniaczyć, bo im tak wygodnie.
Potem cały proceder stopniowo się normalizuje, aż dochodzimy do momentu, w którym celebrytki wzywają policję, bo ktoś zwrócił im uwagę, że zaparkowały tam, gdzie nie wolno.
I tak samo jest tutaj - afera na cały kraj, bo restaurator złamał prawo, więc dostał mandat.
I kto jest winien? Nie ten, kto złamał przepisy, tylko osoba, która mandat wystawiła. Bo przecież „nic się nie stało”, „każdemu może się zdarzyć” (co w praktyce znaczy "sam tak robię") więc nie powinno się karać, tylko co najwyżej upominać.
A potem "państwo nie działa".