Dziś mija 22 lata od śmierci Jacka Kuronia. I znowu wraca pytanie, którego nikt w Polsce nie chce głośno zadać.
Dlaczego człowiek, który otwarcie mówił, że polski przemysł nie jest nam potrzebny, że „wszystko kupimy na Zachodzie”, że ludzie mają dostać zasiłek i talerz zupy, został w III RP wyniesiony na piedestał jako moralny autorytet?
Dlaczego ktoś, kto w praktyce akceptował likwidację miejsc pracy i oddanie gospodarki w obce ręce, został w narracji elit przedstawiony jako „dobry duch transformacji”?
Dlaczego jego imieniem nazywa się szkoły, fundacje, ulice — jakby był patronem odnowy, a nie człowiekiem, który współtworzył model państwa, w którym Polak miał być klientem, petentem, odbiorcą pomocy, a nie gospodarzem we własnym kraju?
To nie jest przypadek.
To jest polityka pamięci, która ma przykryć prawdę o tamtym czasie: o decyzjach, które kosztowały miliony ludzi pracę, stabilność i poczucie sensu. O elitach, które uznały, że Polska ma być rynkiem zbytu, a nie krajem produkcji. O transformacji, która dla jednych była „skokiem w nowoczesność”, a dla innych — skokiem w przepaść.
Dziś, po latach, widać to wyraźniej niż kiedykolwiek.
Mity tamtego pokolenia pękają jeden po drugim.
A jednak wciąż próbuje się nam wmawiać, że to byli „ojcowie odrodzenia”.
Nie.
To byli architekci demontażu.
I dlatego warto o tym mówić właśnie dziś — bo pamięć nie jest od tego, by ją pudrować, tylko od tego, by wyciągać wnioski.
Zdjęcie z 1989 roku przypomina, że pewne decyzje zapadały ponad głowami zwykłych ludzi.
A skutki tych decyzji odczuwamy do dziś.