Pamiętajmy! W czasach powszechnego dostępu do Internetu niewiedza jest skutkiem osobistego wyboru.
Są ludzie, którzy niczego nie tworzą. Nie budują domów, nie leczą chorych, nie uprawiają ziemi, nie piszą oprogramowania. Siedzą przy stołach w bardzo drogich garniturach i grają w kasynie, które sami zbudowali, według zasad, które sami napisali, używając żetonów, które sami wydrukowali. Nazywam ich handlarzami pieniędzy. I mają wobec reszty świata plan, o którym warto wiedzieć.
Zacznijmy od skali. W 2017 roku nie było na świecie ani jednego człowieka z fortuną przekraczającą 100 miliardów dolarów. Dziś jest ich piętnastu. Trzy tysiące miliarderów posiada łącznie ponad 16 bilionów dolarów i ta liczba rośnie o kilka bilionów rocznie. Dla porównania: milion sekund to jedenaście dni. Miliard sekund to trzydzieści jeden lat. Bilion sekund to 31 tysięcy lat. Niech Państwo to przez chwilę przeanalizują. Dla tych ludzi ktoś, kto wygrał 200 milionów w europejskiego totolotka nie różni się dokładnie niczym od Państwa czy ode mnie. Jesteśmy dla nich jedynie statystyką.
Pandemia z początku dziesięciolecia była dla handlarzy pieniędzy sezonem łowieckim. Państwa i banki centralne wpompowały w rynki finansowe astronomiczne sumy, żeby "ratować" gospodarki. "Ratowały", a przy okazji dziesięciu najbogatszych ludzi na świecie podwoiło swoje fortuny, podczas gdy przychody 99 procent populacji w tym samym czasie zmalały. Nie był to zbieg okoliczności tylko zaplanowany, uruchomiony i działający mechanizm.
Handlarze pieniędzy nie trzymają swoich zasobów w skarpecie. Mają armie ludzi, których jedynym zadaniem jest pomnażanie kapitału. W pewnym momencie bogactwo zaczyna działać jak samonapędzająca się maszyna. Człowiek żyjący z pensji może odłożyć część dochodów i zainwestować je samodzielnie. Miliarder zatrudnia setki specjalistów od inwestycji, podatków, przejęć i kredytów. Może zastawiać posiadane akcje, pożyczać pod nie kolejne miliardy i inwestować je dalej. Oznacza to, że jego majątek nie rośnie liniowo, lecz coraz szybciej. Im większy jest kapitał na początku, tym większą przewagę daje w następnym roku. To nie jest już zwykłe bogactwo. To mechanizm matematyczny, który sprawia, że pieniądze przyciągają kolejne pieniądze znacznie szybciej, niż człowiek jest w stanie zarobić własną pracą.
Te armie pomagierów kupują wszystko, co jest na sprzedaż. Kupują nieruchomości, grunty rolne, przychodnie, media, lasy, spółki wodociągowe. Płacą znacznie więcej niż cena rynkowa, bo mogą, ale też dlatego, że każdy zakup zwiększa wartość tego, co już posiadają. Gdy taki fundusz inwestycyjny skupuje ziemię rolną, a robią to coraz częściej, płaci dwukrotnie więcej niż cena rynkowa. Rolnicy, sąsiedzi, nie mają szans na zakup. Potem fundusz zwiększa produkcję, zwalnia rolników, zatrudnia pracowników najemnych i eksportuje to, co przynosi największy zysk, a nie produkuje tego, czego kraj potrzebuje do jedzenia.
Ten sam schemat działa w medycynie. Jeśli można zapłacić lekarzowi dziesięć razy więcej w prywatnej klinice niż zarabia w publicznym szpitalu, to lekarz pójdzie do kliniki. Potem szpital publiczny zacznie chorować na brak kadry, a prywatna klinika podniesie ceny, bo może. I tak się właśnie dziś dzieje. Najlepszym tego przykładem jest Francja, która swego czasu, jak tam mieszkałem, miała najlepszy na świecie chyba system opieki medycznej, do tego nie mający żadnego deficytu, a dziś francuski system jest gorszy od polskiego i już ludzie umierają tam na SORach oczekując na lekarza.
Podobnie dzieje się na rynku mieszkań. Gdy fundusze inwestycyjne skupują całe osiedla lub tysiące lokali, nie zarabiają jedynie na wzroście ich wartości. Zarabiają również na tym, że coraz mniej ludzi może pozwolić sobie na zakup własnego mieszkania. Rodzice mogli jeszcze kupić własne lokum z pensji i kredytu. Ich dzieci coraz częściej będą musiały wynajmować mieszkania od funduszy posiadających tysiące takich lokali. W ten sposób pieniądze, które kiedyś budowały majątek rodzinny klasy średniej, zamieniają się w stały strumień dochodu płynący do właścicieli wielkich portfeli inwestycyjnych.
Bogactwo klasy średniej to, co przez pokolenia budowane było pracą i oszczędnościami, staje się w ten sposób stopniowo własnością tych, którzy grają na zupełnie innym, nieosiągalnym poziomie. Dzieci nie kupią już domu w mieście, w którym wychowali się rodzice. Wnuki nie skończą tych samych studiów. Majątek nie przechodzi już z pokolenia na pokolenie. Krąży po coraz krótszej pętli pomiędzy tymi, którzy już go mają.
Handlarze pieniędzy wiedzą, że to coraz bardziej widać. Wiedzą, że ludzie wcześniej czy później zażądają rozliczenia. Nałożenia podatków na ich majątki, redystrybucji, powrotu publicznych zasobów do publicznego obiegu. Dlatego budowana jest narracja zastępcza. Narracja, która kieruje gniew nie w górę, na handlarzy pieniędzy, lecz gdzieś w bok. Dlatego kupowanie mediów i platform społecznościowych nie jest jedynie kaprysem bogatych ekscentryków. Jest to inwestycja w fabrykę alternatywnych wyjaśnień tego, dlaczego jakość Państwa i mojego życia się pogarsza, czyja to wina i na kogo powinniśmy być za to źli. Ta inwestycja zwraca się lepiej niż jakikolwiek fundusz hedgingowy.
Rosnące nierówności nie są prawem natury ani skutkiem ubocznym postępu. Są wynikiem konkretnych decyzji dotyczących tego na co nakłada się podatki, co się dereguluje, komu się ratuje portfel w kryzysie i czyją narrację wzmacnia się w mediach. Są też wynikiem naszej bierności. Handlarze pieniędzmi zawdzięczają swoją pozycję między innymi temu, że przez długi czas nikt nie nazywał tych rzeczy po imieniu.
To się zmienia. Powoli, ale się zmienia.