Zgadzam się z intuicją odnośnie do tego, że rządy chcą wprowadzać takie rozwiązania ze względu na stopniowe przemycanie cenzury. Natomiast znamienne dla libertarian jest połączenie naiwności i histerii dotyczącej samego rozwiązania, gdy rozmawiamy o jego zasadności w modelu bez nieodpowiednich intencji aktualnej władzy.
Naiwności, wynikającej z nieuzasadnionego przeświadczenia, że skoro ja wiem, że dziecku należy odciąć dostęp do mediów społecznościowych, bo uniemożliwiają prawidłowy rozwój, to inni też będą to wiedzieli i się do tego stosowali. I żadne dziecko nie przyniesie do szkoły smartfona, nie zaangażuje uwagi troskliwych rodziców, tym samym niwecząc ich wysiłki. W tej bajce powinny jeszcze być smoki.
Histerii o totalizmie, bo nagle już używamy pojęcia Fichtego zamiast Arendt, żeby było bardziej dramatycznie względem rozumienia wolności wykastrowanego w tym konkretnym przypadku o przyszłą wolność dziecka. Dziecka, które przez korzystanie z mediów społecznościowych w fazie dojrzewania będzie w przyszłości niezdolnym do skupienia uwagi, przeczytania dłuższej formy ze zrozumieniem zombie z problemami społecznymi, intelektualnymi i emocjonalnymi. Odrzucenie klasycznej definicji wolności kończy się tym, że nie dostrzega się konieczności unikania (w fazie wychowania często narzuconego) złych nawyków, by kształtować właściwe postawy i że brak ich unikania w imię swawoli okraszonej apelami o wolność, przynosi konsekwencje w postaci braku wolności w przyszłości.
Także o ile rząd nie wtryni czegoś dodatkowego, to sam zakaz jest jak najbardziej sensowny i jak najbardziej służy realizacji wolności. Zarówno rodzica, jak i dziecka. Co więcej - państwowy zakaz jest w tym wypadku jedynie egzekucją rozwiązania, które rozumni rodzice i tak stosują, tylko nie mają narzędzia egzekwowania tam, gdzie dziecko nie jest pod jego pieczą. Jest to analogiczne do zakazu sprzedaży alkoholu nieletnim.
Sam jestem przeciwnikiem smartfonów i social mediów dla dzieci. Moje dzieci prawdopodobnie długo nie dostaną ani smartfona, ani własnego komputera.
Ale ta abominacja, gdzie rząd z buciorami włazi w życie rodzin, szkół i samych dzieci żeby odgórnie, arbitralnie zabronić im korzystania z wybranej technologii to przesada.
I na tę przesadę mamy w słowniku konkretne słowo: totalizm.
Państwo ma prawo ścigać przestępstwa i chronić dzieci przed przemocą. Nie ma prawa arbitralnie decydować, z jakich technologii mogą korzystać 15-latkowie.
To jest niezwykle niebezpieczny precedens przesuwający granice ingerencji państwa w życie rodzinne - nie można tego popierać i nie można pozwolić, żeby podobne pomysły rozwijały się w Polsce.