Gdy Robert Lewandowski zażartował, że w czasach Zbigniewa Bońka grano w zwolnionym tempie – rozgorzała dyskusja, czy dzisiaj sport jest lepszy niż kiedyś. W przypadku boksu na pewno tak nie jest. Dawni mistrzowie wciąż uchodzą za kozaków; mimo mniej zaawansowanej suplementacji, mniejszego rozmiaru; często za najlepszych w historii w swoich kategoriach. Nikt nie ma raczej wątpliwości, że dwukrotny mistrz olimpijski Jerzy Kulej czy czterokrotny mistrz Europy Zbigniew Pietrzykowski wiedliby prym także na zawodowstwie. Że w latach PRL moglibyśmy mieć nie tyle kilku, lecz kilkunastu, może nawet kilkudziesięciu zawodowych mistrzów świata – o ile socjalistyczna ideologia dopuszczałaby uprawianie sportu nie tylko dla chwały kraju, również dla pieniędzy. Kulej, Pietrzykowski, bijący mocno z obu rąk Kasprzyk – to zdaniem Andrzeja Kostyry wręcz pewniacy do zdobycia tytułu. Legendarny komentator wymienił w tym kontekście dużo nazwisk. Bardzo wysoko na jego liście plasuje się Jerzy Rybicki – obdarzony doskonałym refleksem i oczkiem technik, który od Kuleja i Pietrzykowskiego się uczył, a z Kasprzykiem wygrywał.
Pan Jerzy urodził się w roku mistrzostw Europy, kiedy to w Warszawie Polacy sięgnęli aż po 5 złotych medali. Kiedy ojciec brał go na ligę, podopieczni Feliksa Stamma wygrywali klasyfikacje medalowe. Był juniorem, gdy jego pracę na worku obserwował sam emerytowany już wówczas trener. Stamm namaścił Rybickiego na mistrza. W roku, w którym 23-letni zawodnik sięgnął po mistrzostwo w Montrealu, wybitny trener zmarł. Nikt wówczas nie przypuszczał, że przez następne pół wieku nikt nie nawiąże do sukcesu wysokiego i smukłego mańkuta z Grochowa.
Jerzy Rybicki jest ostatnim polskim złotym medalistą olimpijskim w boksie. To spod jego ręki wyszli: ostatni medalista olimpijski Wojciech Bartnik i ostatni polski seniorski mistrz Europy Jacek Bielski (odpowiednio: 33 oraz 32 lata temu).
Historia Jerzego Rybickiego to opowieść o ciągłości sukcesów naszego boksu. O tym, jak ważna społecznie jest potrzeba idoli – których obserwacja rodzi marzenia i przekłada się bezpośrednio na umasowienie sportu. Jerzy Rybicki miał 16 lat, gdy trenujący boks kolega przyniósł na podwórko rękawice. Kumpel okładał wszystkich, ale jego jedynego nie był w stanie trafić. „Masz do tego dryg, chodź na boksy” – zachęcił chłopak; i Rybicki poszedł z nim na Gwardię. Chciał poznać Tadeusza Walaska, którego kilka lat wcześniej dopingował z ojcem z trybun. Najpierw jednak trafił pod skrzydła Antoniego Komudy, który już po kilku ruchach na sali „nowego”, skrzyknął wszystkich trenerów. „Ten chłopak będzie mistrzem olimpijskim!” – wykrzyknął proroczo. No i tak to się wszystko zaczęło…
Sport nie przynosił wtedy kokosów, ale był oknem na świat. Jak ktoś dostał się do reprezentacji, to wyjeżdżał – i zawsze coś z tych wyjazdów przywoził. Rajtki dla dzieci, sprzęty elektroniczne, butelki koniaku, złoto. W Polsce wielu rzeczy nie można było kupić, a niektóre przedmioty stanowiły silną walutę do dalszej wymiany handlowej. Na igrzyskach w Moskwie nieoficjalny kantor prowadzili polscy zapaśnicy. Ludzie Zachodu przychodzili do nich wymieniać diety, ponieważ radziecki przelicznik był bardzo niekorzystny dla kapitalistycznych walut. Następnie „swoi” mogli wymieniać u nich ruble na dolary.
– Ile masz do wymiany? – zapytał Jerzego Rybickiego Andrzej Supron.
Rybicki był po brawurowym boju z Wiktorem Sawczenką, po którym gratulacje składali mu nawet trenerzy odwiecznego rywala.
– No, uzbiera się, żeby było na 60 dolarów – odparł.
– Chłopie! Ty, sława, i 60 dolarów? Nie żartuj!
Ale Rybickiego nie pociągało cinkciarstwo i przemyt. Nigdy nie był kombinatorem ani chuliganem – interesował go wyłącznie sport.
W polskim boksie był każdym: utytułowanym zawodnikiem, trenerem kadry i prezesem związku. W międzyczasie przez 17 lat pracował w BOR. Zajmował się tam szkoleniem funkcjonariuszy, jak i osobiście dbał o bezpieczeństwo znanych osób. Doszedł do stopnia pułkownika i ochraniał papieża.
⏰ 21:00