CZARNA WDOWA ZASŁUGIWAŁA NA DUŻO WIĘCEJ, NIŻ DOSTAŁA OD MCU. SCARLETT JOHANSSON ROBIŁA, CO MOGŁA, ALE MARVEL PO PROSTU PRZEPAŚCIŁ TĘ POSTAĆ.
Hot take. W nowej wersji powinna ją zagrać Sydney Sweeney.
A teraz na poważnie. Natasha Romanoff była jedną z najciekawszych i najbardziej ludzkich postaci w całej oryginalnej szóstce Avengers. Bez supermocy, bez niezniszczalnej zbroi, za to z potężnym bagażem emocjonalnym i mroczną przeszłością, która aż prosiła się o głębokie, szpiegowskie kino. Zamiast tego przez lata traktowano ją głównie jako element dekoracyjny lub chodzący generator chemii z losowymi superbohaterami.
Kiedy w końcu, po latach próśb fanów, Scarlett dostała swój solowy film, Marvel podjął najgorszą możliwą decyzję i wypuścił go już PO jej śmierci w Endgame. Oglądanie prequelu, wiedząc, jak kończy się jej historia, całkowicie odarło ten seans z jakiejkolwiek stawki. Na dodatek sam film zamiast surowego thrillera dał nam generyczną papkę z CGI i absurdalnym lataniem w powietrzu, co kompletnie gryzło się z przyziemnym charakterem tej bohaterki.
Sama Johansson jako Czarna Wdowa była bezbłędna. Miała idealne wyczucie tej postaci – potrafiła być bezwzględną zabójczynią, by za chwilę pokazać niesamowite pokłady empatii i zmęczenia tym całym superbohaterskim cyrkiem. Miała świetny, ironiczny humor i chemię z każdym, z kim pojawiała się na ekranie. Zrobiła z Natashy ikonę, mimo że scenarzyści rzadko dawali jej do zagrania coś więcej niż standardowe blockbasterowe linijki.
Wielka szkoda, bo potencjał na kultową, mroczną trylogię w stylu Bourne'a czy Jamesa Bonda był gigantyczny. Zamiast tego dostaliśmy spóźniony o dekadę pomnik, który zamiast celebrować postać, służył głównie jako platforma startowa dla nowej Black Widow. Scarlett wycisnęła z tej roli maksimum, ale MCU i tak zostaje z dużym długiem wdzięczności wobec Natashy.