Czy tak było? Nie wiem. Ale stawiane przez Kafira pytania są zasadne. Podobne stawiają nasi informatorzy. Dlatego ta afera powinna zostać wyjaśniona do spodu.
AFERA PODKARPACKA. CBŚ MYŚLAŁO, ŻE MA RYSICZÓW NA SMYCZY. A POTEM SMYCZ MOGŁA TRAFIĆ DO MOSKWY. RAZEM Z NIEŚWIADOMYMI CBŚ
Po najnowszych ustaleniach Onetu i Gońca trzeba powiedzieć jedno. Jeśli bracia Rysicz od początku lat 2000. byli współpracownikami CBŚ, to tłumaczy bardzo dużo. Tłumaczy ich niskie wyroki, ochronny parasol, policyjne sukcesy, legendowanie ludzi pod przykryciem, łatwe wejścia w przestępcze środowiska i to dziwne poczucie, że ktoś w tym całym podkarpackim bagnie trzyma nad nimi rękę. Na początku mogło być dokładnie tak, jak w klasycznej robocie operacyjnej. Policja weszła w gangsterów, dała im wybór i uznała, że zamiast wsadzać ich pod celę, lepiej wyciągać od nich informacje.
Tylko że to jest właśnie ten moment, w którym zaczyna się śmierdzieć. Bo polskie CBŚ mogło myśleć, że ma braci pod kontrolą. Mogło ich rejestrować, płacić za informacje, wykorzystywać do operacji i klepać się po plecach po kolejnych sukcesach. Tyle że bracia nie byli harcerzami z kroniki szkolnej, tylko ukraińskimi gangsterami, którzy działali na granicy przestępczości, seksbiznesu, przemytu, polityki, policji, prokuratury i lokalnych układów. A taki człowiek, jeśli raz wejdzie w orbitę służb, bardzo szybko zaczyna rozumieć, że jeden pan to za mało.
Moja ocena jest taka. Na początku mogli pracować dla polskiego CBŚ. Później weszli ruscy, najpewniej przez prorosyjskie SBU sprzed Majdanu, i od tego momentu polska strona mogła już tylko myśleć, że dalej trzyma smycz. A smycz mogła być dawno przepięta. Bracia mogli działać na dwa fronty, z coraz większą przewagą na ruski, bo porównajmy skalę zagrożenia. Polski policjant mógł im co najwyżej zrobić sprawę, wsadzić pod celę, odebrać interes i zepsuć życie. Ruski patron mógł ich zakopać głęboko pod ziemią, bez sądu, bez mediów, bez adwokata i bez tlenu.
Ich zuchwałość nie brała się z odwagi. Ona śmierdziła większym parasolem. Człowiek, który boi się tylko polskiej prokuratury, zachowuje się inaczej niż człowiek, który wie, że za plecami ma kogoś brutalniejszego niż polskie państwo. A ruska robota nie polega na tym, że ktoś przychodzi z teczką, formularzem i mówi, podpisz pan współpracę. Ruska robota polega na tym, że najpierw sprawdzają, potem dociskają, potem pokazują haki, potem każą płacić, a potem nagle okazuje się, że już nie płacisz tylko pieniędzmi.
Bo czasem walutą nie jest gotówka. Czasem walutą jest nagrany polityk. Policjant po wódce. Prokurator po godzinach. Sędzia w złym pokoju. Biznesmen z opuszczonymi spodniami. Funkcjonariusz, który myślał, że idzie do bezpiecznego lokalu, bo przecież „Daniel nad wszystkim panuje”. I właśnie tak powstaje kompromat. Nie w hollywoodzkiej willi z laserami, tylko w brudnym pokoju, w lokalu, do którego wszyscy chodzili, bo uwierzyli, że jest swój, oswojony i pod kontrolą.
A ruska agentura działa jak kombajn na polu. Zbiera wszystko. Nie zastanawia się przy każdym kłosie, czy będzie potrzebny. Zbiera polityka, policjanta, prokuratora, sędziego, biznesmena, funkcjonariusza, lokalnego watażkę i każdego głupka z dostępem do informacji. Dopiero centrala oddziela ziarno od plew. Jedno nagranie idzie do szafy. Drugie do szantażu. Trzecie do przecieku. Czwarte czeka dziesięć lat, aż człowiek awansuje i nagle staje się ważniejszy niż był wtedy, gdy myślał rozporkiem.
Dlatego dla mnie najważniejsze pytanie nie brzmi, czy bracia Rysicz byli agentami. To jest za proste. Pytanie brzmi, kiedy przestali być tylko źródłami CBŚ, a stali się zasobem większej gry. I czy polskie służby w pewnym momencie nie robiły za dekorację do operacji, którą ktoś inny widział szerzej, brutalniej i skuteczniej. Bo my lubimy wierzyć, że jak coś mamy w systemie, to mamy to pod kontrolą. Rosjanie wolą mieć człowieka za gardło, za jaja i za rodzinę. Różnica skuteczności bywa potem bolesna.
I dlatego nie kupuję opowieści, że Rysiczowie po prostu byli cennymi informatorami polskiej policji i na tym historia się kończy. Nie kończy się. Tam, gdzie jest seksbiznes, granica, ukraińskie kontakty, polscy funkcjonariusze, możliwe nagrania, prorosyjskie SBU i pieniądze, tam nie ma jednej gry. Tam są warstwy. Polacy mogli widzieć współpracowników. Ruscy mogli widzieć magazyn kompromatów. A bracia mogli bardzo szybko zrozumieć, że polski pan jest miękki, a wschodni pan jest straszny.
Braci Rysicz dziś bym już nie szukał w Polsce. Jeśli żyją, to moim zdaniem gdzieś głęboko pod cudzym parasolem i każdego ranka dziękują za kolejny dzień. Bo ludzie, którzy wiedzieli za dużo, nagrali za dużo, sprzedali za dużo i za długo grali na dwa fronty, nie starzeją się spokojnie. Szczególnie wtedy, gdy jeden z tych frontów prowadził do Moskwy.
O ewentualnych kosztach dla Polski, jeśli ta smycz naprawdę trafiła do Moskwy, nawet nie chcę tu pisać. Inteligentni sami policzą, ile warte są kompromaty na polityków, policjantów, prokuratorów, sędziów i ludzi służb. I wtedy włos im się zjeży na głowie, bo tu nie chodziło o burdel. Tu mogło chodzić o pilota do całego kawałka państwa.