Chwałą nas nie za to, że zrobiliśmy coś wyjątkowego, tylko za to, że jesteśmy teraz tak jak oni 20 lat temu.
Zachodni zachwyt nad Polską, który tak chętnie pompujemy w naszych mediach społecznościowych i przy rodzinnym stole, to w rzeczywistości najbardziej wyrafinowana forma protekcjonalizmu, z jaką mieliśmy do czynienia.
Kiedy Francuz, Niemiec czy Brytyjczyk cmoka z uznaniem nad czystością warszawskiego metra, bezpieczeństwem na ulicach Krakowa czy naszą dynamiką gospodarczą, nie bije brawa naszej innowacyjności czy cywilizacyjnemu skokowi w przyszłość. Bije brawa swojemu własnemu odbiciu w lusterku wstecznym. Patrzą na nas nie jak na pionierów nowej ery, ale jak na żywe muzeum swojej własnej, utraconej normalności. Jesteśmy dla nich sentymentalną pocztówką z czasów, gdy ich własne miasta nie płonęły, a pociągi przyjeżdżały o czasie.
Nasza "wyjątkowość", którą tak lubimy się chwalić, polega w ich oczach wyłącznie na naszym, zbawiennym w skutkach, zapóźnieniu. To, co my nazywamy sukcesem, oni diagnozują jako szczęśliwy brak postępu w procesie społecznej dekompozycji.
Zachód kocha Polskę tak, jak zgorzkniały, schorowany milioner kocha swojego ubogiego, ale zdrowego kuzyna ze wsi – z mieszanką zazdrości i politowania. Zazdroszczą nam tego, że wciąż jesteśmy na etapie, w którym praca ma sens, ulice są dla pieszych, a nie dla barykad, i gdzie pojęcia społeczne wciąż mają swoje słownikowe definicje. Jesteśmy dla nich rezerwatem lat 90., miejscem, gdzie wciąż działa stary, dobry system operacyjny cywilizacji europejskiej, który u nich zawiesił się po zainstalowaniu zbyt wielu wirusowych aktualizacji.
Najbardziej groteskowe w tym wszystkim jest nasze narodowe pęcznienie z dumy. Łakniemy tego poklepywania po plecach jak tlenu, udostępniając miliony razy filmy zachodnich youtuberów, którzy "są w szoku, że w Polsce jest bezpiecznie".
Nie rozumiemy, że ten szok jest aktem oskarżenia wobec ich własnych krajów, a nie dowodem naszej wielkości. Nasz sukces to sukces archeologiczny – udało nam się zachować tkankę społeczną nie dzięki geniuszowi strategii, ale dzięki temu, że byliśmy zbyt biedni i zbyt zajęci dorabianiem się, by pozwolić sobie na luksus popełniania ich samobójczych błędów kulturowych.