Wróciłem z IMAX z filmu DZIEŃ OBJAWIENIA, nowego filmu SF Spielberga. Ocena 4/10. Nie będzie spoilerów.
Najsłabszy film SF tego reżysera.
Podtrzymuję tezę, że ostatni poważne i dobre SF kręcił z Tomem Cruisem. Ready Player One to był wypadek przy pracy, może ze względu na to ile IP musiał uszanować w tej ekranizacji. David Koepp to scenarzysta, który ze Spielbergiem współpracuje od dawna - ale i kiedy robi scenariusz dla niego, albo innych filmów, to jest z nim gorzej i słabiej.
I teraz. Zwiastun oszukuje.
Jeżeli spodziewacie się epickich scen z UFO to ich tu nie zobaczycie.
Jest wielka giga-mega zła korporacja, która przy współpracy z Rządem realizuje najgorsze koszmary Foxa Muldera - wykorzystuje w tajemnicy technologie kosmitów. Jest grupa zbuntowanych pracowników tej korporacji, która kradnie archiwa i ucieka, aby... je kiedyś ujawnić.
W tych okolicznościach poznajemy głównego bohatera - hakera i programistę - oraz jego dziewczynę. Korporacyjni złole pojmali ją i zażądali wymiany - dziewczyna za skradzione rzeczy. Udaje im się uciec. Pomaga im tajemniczy Hugo, który przez telefon instruuje bohatera co ma dalej robić. Poznajemy główną bohaterkę. Pogodynkę z aspiracjami do bycia prezenterem telewizyjnym, chałturzącą w podmiejskiej-lokalnej telewizji. Jej życie się zmienia kiedy do mieszkania wlatuje ptaszek - kardynał szkarłatny. Niedługo potem okazuje się, że życie hakera też zmieni się jeszcze bardziej gdy w kryjówce spotyka jelenia. Zła korporacja jest świadoma tych zdarzeń i rusza w pościg bo nie może doprowadzić by skrywana prawda wyszła na jaw. I tyle.
Emily Blunt jest oczywiście największą atrakcją filmu, a przez konsekwencje jej spotkania z ptaszkiem, dochodzi do serii zdarzeń, które w komiczny sposób pozwalają jej wyjść z opresji. Żart jest nawet śmieszny pierwsze dwa razy, ale gdy od trzeciego staje się łomem do rozwiązania każdego problemu bohaterki to przemienia się w coś naiwnego i nudnego. Ona ma w tym filmie sceny dramatyczne, ciekawie zagrane, ale niepotrzebne. Być może w głowie Spielberga rodziła się myśl, że Blunt dostanie nominacje do Oscara i jej dopisali kilka scen? Bez sensu. Colin Firth w roli korpozłola nie zachwyca i sprawia wrażenie chałtury, którą musiał wykonać bo był komuś coś dłużny. Nie jest przekonujący, a jego działania są tak naiwne, że kwestionowane byłyby nawet w niskobudżetowych grach. Z jednej strony słaba gra aktorska, a z drugiej jeszcze słabszy scenariusz. Film zaczyna się od tego, że ludzie złola złapali dziewczynę hakera i dochodzi do wymiany. Po ucieczce złol duma co zrobić i wpada na pomysł, aby zebrać mu wszystkie informacje jakie mogą znaleźć na dziewczynę.
Ty, ale przecież jego ludzie już tę dziewczyną raz złapali, więc wcześniej musieli robić o niej research? O co tu chodzi?
Reszta obsady nijaka. Haker nieco stylizowany na Keanu Reevesa z Matrixa. Tajemniczy Hugo trochę przypomina Morfeusza. Złolowi daleko do agenta Smitha, ale u jego boku jest agent Boyd, który sam nie wiem kim chce być w tym filmie.
Spielberg nakręcił Dzień Objawienia za około 115 milionów dolarów, ale wrażenie jest jeszcze tańszego filmu. Assety kosmitów chyba były wzięte z jego "Sztucznej Inteligencji" i Indiana Jonesa. Wszystko po taniości. Najwięcej efektów specjalnych widać nie w scenach z kosmitami (bardzo nadużywam znaczenia słowa "sceny"), a jeździe samochodem, czy nieszczęsnej scenie z pociągiem. Już po tym jak centrum operacyjne korporacji jest pokazane, z setkami ekranów, pokazuje jak naiwne pojęcie ma Spielberg o centrach dowodzenia. Jest to sygnał ostrzegawczy, że w dalszej części filmu będzie grubo. I jest. W złym tego słowa znaczeniu. No i jeszcze reklamy. Lokowanie Alfa Romeo Giulia jest tu jak wielokrotny liść w twarz. I kolejny. I następny. I potrójna repeta. Można mieć wrażenie, ze sceny z udziałem tego samochodu pisane tak, aby jakoś wpleść w nie fabułę. Michael Bay mógłby brać korepetycje.
Podczas seansu para obok komentowała, że sceny pisał ChatGPT. Obronię i powiem, że moim zdaniem tu nie było ChatGPT. Koepp ze Spielbergiem serio to wszystko sami wymyślili i napisali. Reżyser chwali się na promocjach filmu, że story napisał w notatniku ipada na 50 stron. Potem resztę ubrał w scenariusz Koepp. Może się wydawać, że to sceny z GPT, ale tak nie jest.
Panowie naprawdę uznali, że to będą świetne sekwencje w tym filmie. Wielkie sceny z ucieczką z otoczonego hangaru, albo z tajnej bazy... mogło być spektakularnie, a wyszło tak naiwnie. Głupio. Spielberg zdaje sobie sprawę z tych ułomności i rzuca co jakiś czas żart do widza, jakby uprzedzając jego pretensje, typu "ej Boyd jesteś najemnikiem jakim cudem pokonał cię programista?". Tego w filmie jest więcej. Dorzućmy umoralniające i pompatyczne dialogi, rozważania bohaterów o idei i swojej wielkiej misji. Ach, no i komputerowe zwierzątka - ptaszek, jeleń, szop i lisek.
Wielki finał to męczący kapiszon. Ale trzeba lojalnie uprzedzić, że jesteśmy przez cały seans przygotowywani na to zakończenie i dostajemy to, czego się spodziewamy w najbardziej tępej i prostackiej formie. Do tego mamy wplątane wątki wiary i przełomowe podejście do tematu kosmitów przez zakonnice, jak również wielki konflikt zbrojny z udziałem Rosji i Korei, który może spowodować III Wojnę Światową.
Dzień Objawienia ma odpowiedzieć na wielkie pytanie, którego nikt nie zadał, czy wyjawienie ludzkości, że kosmici istnieją sprawi, że ludzie przestaną ze sobą walczyć? Strasznie infantylnie, ale w swoim stylu, Spielberg ogarnął temat. Napisałbym, że to zły film, że kiepski wpływ na kinematografię, ale to cały Spielberg ostatnich 10 lat. Łudziłem się, że może zaskoczy.
Zaskoczył - zrobił film, który jest jeszcze słabszy niż się spodziewałem, a poprzeczka była niska. Nie idźcie do kina, można w spokoju obejrzy jak trafi w streaming w TV, albo na komórce.
#disclosueday #dzienobjawienia #spielberg