Świdwińskie warstwy społeczne
Mam takie wrażenie, że w Świdwinie powstały trzy takie warstwy społeczne. To byli ludzie którzy jakoś się znali przed przeszkoleniem na Su-22, byli zakumplowani jak łyse konie, wzajemnie się wspierali i czasem tworzyli nieco zamknięte grono, do którego ciężko było się wpisać.
Najwyższą warstwą "arystrokracji" dywizyjnej (Świdwin - Mirosławiec - Bydgoszcz) w grupie Su-22 (czyli dwa pierwsze pułki) tworzyli "Bydgoszczaki", w tym późniejsi generałowie Kazimierz Dziok, Stanisław Targosz, później doszedł Tadeusz Kuziora, a także absolutna legenda Świdwina - Wiktor Korczyński, o ile wiem to również Stanisław Storski, a z młodszych np. Piotr Tusza, Leszek Dziurzański (Leszek Czarny), Leszek Leśniak (Leszek Biały, bo jeden był brunet, a drugi blondyn), itd. Jako jedyni uprzednio wyszkolenie na "poważnych" samolotach naddźwiękowych, patrzyli na resztę nieco z góry.
Faktem jest, że wyjściowo górowali nad innymi umiejętnościami. Po pierwsze i oczywiste - pewne podobieństwo pilotażowe obu samolotów. Po drugie - jako elitarna "atomowa" jednostka, w 3. Pomorskim PLMB nie tolerowano braku przygotowania do lotów, braków w wiedzy teoretycznej, itp. Piloci po Su-7 w większości mieli we krwi studiowanie systemów samolotu, itd. co było cholernie pomocne.
Kiedy później byłem instruktorem i szkoliłem na Su-22 pilotów po Su-7, Limach i Iskrach, to ci po Su-7 mieli najmniejszy problem z opanowaniem samolotu, a ci po Iskrach - największy. Z czasem oczywiście różnice się zacierały.
Warstwę średnią "szlachty" tworzyli "Limiacy" czy "Limowcy", piloci po Limach, ale z pułków bojowych, głównie Mirosławiec - Świdwin, choć był np. Jurek Bachorski który latał na Limach na Krzesinach w 62. PLM, a potem w Świdwinie. Wśród nich byłem ja, ale też Andrzej Błasik, Andrzej Andrzejewski, Wojtek Pikuła, Robert Paluch (wszyscy z mojej promocji), starsi Andrzej Dulęba, Jarek Śpiewak, Jacek Panek, Gienek Kuśmierski, Mirosław Gołębiewski, Paweł Buszta, Jurek Stramek, Andrzej Tolala, Zbyszek Czerwik, Rysiek Hać, Józek Niedźwieź, Bogdan Łęcki, Bogdan Kawka, Stasiu Staszewski, Tolek Dzik, Krzysiek Leszczyński, Zbyszek Ficner i inni.
Mieli nawyki z jednostek bojowych, czyli dyscyplina "bojowa", wyszkoleni tak w lataniu jak i w rzucie granatem, funkcjonowaniu w ubiorze przeciwchemicznym, strzelaniu z broni wszelakiej, nawykli do ćwiczeń, lotnisk polowych na przebazowaniach, itp.
Warstwę najniższą "pańszczyźnianą" tworzyli byli instruktorzy ze szkoły zwani po prostu "ci ze szkoły", którzy trafili na przeszkolenie wobec konieczności wyszkoleniu wielu ludzi na 110 dostarczonych samolotów. Byli wśród nich Paweł Jazieniecki, Andrzej Wyciślik, Krzysiek Skalski, Piotrek Siekański, Leszek Sieńczak, Heniu Szczęśniak, Grzesiek Solinski, a wcześniej też "Słomka" Słomiński (jak miał na imię?) i chyba też Zbysiu Garwoliński ze szkoły był. Zarówno pierwsza jak i druga grupa patrzyli na nich nieco z góry, wiadomo - to ci od latania z lewym kręgiem, podczas gdy szkolenie kompletnie zielonych i wiecznie roztargnionych podchorążych to był ciężki kawałek chleba, wymagał dużych umiejętności i specyficznego pedagogicznego podejścia. Wielu z nich było bardzo zaangażowanych w poznawanie samolotu, co także owocowało dołączeniem do grona najlepszych w pułku.
Z czasem te różnice się zatarły, ludzie osiągali na Su-22 wysokie umiejętności niezależnie od punktu wyjścia, bowiem "arystokracja" narzucała takie tempo, ale szybko dołączyli do nich wybrańcy z dwóch innych grup, jeśli wykazali się zaangażowaniem w studiowanie wiedzy teoretycznej, rzetelnym podejściem do przygotowania do lotów, itd. W poziomie wyszkolenia różnice się zatarły, raczej zarysował się podział na "zapaleńców" i "olewaczy". W praktycznych umiejętnościach to właśnie tu przebiegała granica, a nie "pochodzenie społeczne".
Ogólnie była to mimo wszystko bardzo zgrana i solidarna grupa z wypracowanymi zwyczajami, niesamowitą kulturą zawodową, w której obowiązywała wzajemna solidarność i występowanie wobec obcych wspólnym frontem. Wszyscy podawali sobie rękę i wiele zawdzięczam wszystkim tym ludziom, a szczególnie takim jak Wiktor Korczyński czy pan Mirosław Gołębiewski, Jarek Śpiewak, i inni. O nikim nie jestem w stanie złego słowa powiedzieć, choć byli tacy, z którymi nie łączyły mnie bliskie więzi (nieliczni).
Kiedy ze szkoły do Świdwina trafił Krzysztof Skalski, Leszek Sieńczak, Heniu Szczęśniak, Piotrek Siekański, Grzesiek Solinski i Krzysiek Warwas, to dowodzący pułkiem ppłk Targosz mówi żartem: "co ci personalni odwalają, pięciu na "S" i Warwas! Co to jest?" Na co Piotrek Siekański pokazując na Krzyśka: Panie pułkowniku, wszystko się zgadza, bo to jest "Sowa". Istotnie, Krzysiu miał taką ksywkę od lat, głównie z powodu dość milczącej natury, nie strzępił gęby po próżnicy, jak już coś powiedział to coś starannie przemyślanego. Stąd chyba "Sowa". Notabene była to wyjątkowo rozrywkowa ekipa, wiecznie zadowolona, a Leszek z Heńkiem byli w Tomaszowie znani ze słynnych wyścigów po leśnych ostępach. W pułku wszyscy kibicowali ich grand prix, który miał szczególny koloryt, bo jeden miał Syrenkę a drugi Trabanta, i obaj traktowali ssanie (była taka dźwignia na dwusuwach) jak dopalanie...
A na zdjęciu ze strony 6. Pułku Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego ppłk Stanisław Targosz i płk Kazimierz Dziok w kabinie Su-22UM3K, niestety - obaj już w niebieskiej eskadrze, gdzie wszyscy się kiedyś spotkamy, Świdwin 1990 r.
PS. to coś, co wygląda jak różaniec w rękach technika to naziemne zabezpieczenia fotela, które technik miał obowiązek mieć w ręku, by pokazać załodze, że ich fotele katapultowe zostały odbezpieczone i są gotowe do użycia.
Jeśli podobają Ci się moje wpisy postaw mi kawkę, a będzie więcej
buycoffee.to/dafiszer